— Dalibóg, zdawało się, że znam nieprawości wasze w całej ich rozciągłości, skoro jednak sami zadajecie sobie tyle trudu w gromadzeniu wszelkich pozorów przeciw sobie samym, nie możecie nikomu brać za złe...

— Nikomu za złe nic nie bierzemy, Padre. Czy odezwaliśmy się choćby jednym słowem przeciw Mr. Proutowi? — Stalky spojrzał po swych towarzyszach. — My go kochamy. I on nie ma nawet wyobrażenia, jak bardzo go kochamy.

— Hm. W każdym razie znakomicie ukrywacie się z tą miłością. A czyście się też zastanawiali nad tym, kto przede wszystkim wyrzucił was z waszej pracowni?

— Wyrzucił nas Mr. Prout — odpowiedział Stalky znacząco.

— Otóż właśnie ja, a nie Mr. Prout. Ja bynajmniej nie chciałem, obawiam się jednak, że wskutek pewnego mego odezwania Mr. Prout mógł mieć wrażenie...

Nr 5 wybuchnął głośnym śmiechem.

— Znowu ta sama historia, Padre! — rzekł M’Turk. — W Mr. Proucie wrażenia powstają nadzwyczaj szybko. Ale z tego nie wynika, abyśmy go nie kochali, to nieprawda. W nim nie ma ani za grosz złości.

Ktoś zapukał dwa razy do drzwi.

— Pracownia Nr 5 ma się natychmiast udać do kancelarii pana rektora! — zabrzmiał głos Foxy’ego, sierżanta szkolnego.

— Oj! — wykrzyknął wielebny John. — Obawiam się, że ktoś tu beknie, co się zowie!