— Jak Boga kocham, Prout pofagasował staremu! — oburzył się Stalky. — To już dwulicowość z jego strony. Wcale to niepięknie wciągać starego w wewnętrzne spory klasowe.

— Radziłbym umieścić książki... hm... na pewnej części ciała — rzekł wielebny John obojętnym tonem.

— Nie warto! Stary bije po plecach, a to by był hałas okropny — odpowiedział Beetle. — Dobranoc, Padre. Nasz rachunek jest wyrównany.

I znowu stali przed rektorem — Belial, Mammon i Lucyfer. Ale teraz mieli do czynienia z kimś znacznie sprytniejszym od siebie. Mr. Prout przez pół godziny skarżył się, mówiąc rozwlekle i z żalem, a rektor pojął od razu wszystko, czego nie mógł zrozumieć nauczyciel.

— Dokuczyliście do żywego Mr. Proutowi — mówił jakby z namysłem. — Gospodarze klas nie są tu po to, aby im chłopcy dokuczali więcej niż trzeba. Ja również nie lubię, jak chłopcy dają mi się we znaki bardziej niż trzeba. Nie lubię, jak się mi dokucza takimi historiami. Wy dokuczyliście mnie — a to bardzo ciężka wina. Rozumiecie?

— Tak jest, proszę pana rektora.

— Wobec tego ja spróbuję teraz dokuczyć wam i to tak z motywów urzędowych, jak i osobistych, ponieważ zabieracie mi czas. Za starzy jesteście, aby wam wymierzać chłostę, wobec tego trzeba poszukać innego sposobu. Powiedzmy, po tysiąc wierszy na głowę, tydzień aresztu domowego i parę rozrywek tego rodzaju. Na chłostę jesteście już za starzy!

— Bynajmniej, proszę pana rektora! — zaprzeczył Stalky z zapałem, jako że tydzień aresztu domowego w lecie to ciężka kara.

— Bardzo dobrze. Zatem postaramy się zrobić, co tylko jest w naszej mocy. Pragnąłbym bardzo, żebyście mi już więcej nie dokuczali.

Były to uderzenia pełne, wytrzymane, równe, może trochę za powolne. Za niesprawiedliwość uważali chłopcy tylko to, że rektor gawędzi podczas egzekucji.