Tu spojrzał krytycznie na swych gospodarzy.
— Ale czy wam się nie zdaje, że ludzie — nauczyciele — zanadto siedzą wam wciąż na karku?
— O nie — w lecie absolutnie nie! Wzrok Stalky’ego zwrócił się z miłością ku oknu.
— Granice nasze są szeroko zakreślone i pozostawiają nam dużo swobody.
— Ale, na przykład, ja tu siedzę w waszej pracowni i z pewnością niemało was krępuję, prawda?
— Cóż znowu, Padre! Proszę siadać! Niechże ksiądz nie odchodzi! My naprawdę bardzo się cieszymy, ile razy ksiądz do nas zajrzy!
Szczerość tych głosów była niewątpliwa. Wielebny John zaczerwienił się z lekka z zadowolenia i znowu nabił swą fajeczkę.
— A my przeważnie zupełnie dokładnie wiemy, gdzie się panowie profesorowie znajdują! — zawołał Beetle triumfująco. — Na przykład: czy ksiądz wczoraj po dziesiątej nie był w naszych dolnych sypialniach?
— Byłem na fajeczce u waszego gospodarza domu. Nie, nie, nie, żadnych wrażeń nie wywoływałem. A potem dla skrócenia sobie drogi przeszedłem przez wasze sypialnie.
— A ja to od razu zgadłem — rzekł Beetle, potrząsając głową. — Rano uczułem zapach tytoniu. Księdza tytoń jest znacznie mocniejszy niż Mr. Prouta, ja wiem dobrze!