A naraz wybuchnął:
— Na Boga, jak na trzech średnio inteligentnych młodych ludzi nie jesteście zbyt przenikliwymi obserwatorami. Zdaje mi się, że zanadto byliście zajęci obmyślaniem kawałów dla swego gospodarza klasy, byście mogli zauważyć, co się działo tuż pod waszym nosem, kiedyście zeszłego tygodnia siedzieli we wspólnej sali.
— Co takiego? Słowo honoru daję, ja nic nie zauważyłem!
— Radziłbym wam szerzej otwierać oczy. Kiedy mały chłopaczek beczy ciągle w kącie, chodzi w ubraniu podartym na strzępy, nie uczy się zupełnie i cieszy się opinią najbrudniejszej „warty korytarzowej”, z pewnością musi być coś nie w porządku.
— To Clewer — mruknął M’Turk.
— Tak jest, Clewer. Uczę go francuskiego. To jego pierwszy kurs, a on już jest tak ogłupiały, jak ty byłeś kiedyś, Beetle. On z natury nie jest bardzo inteligentny, ale jak go tu zaczęto tłuc, stał się prawie skończonym matołkiem.
— Gdzież tam! — odpowiedział Beetle. — To się robi tylko minę matołkowatą, żeby uniknąć bicia. Już ja się na tym znam!
— A prawdę mówiąc, nigdy nie widziałem, żeby go ktokolwiek uderzył — mówił wielebny John.
— Przyzwoity dręczyciel nigdy tego nie robi publicznie — objaśnił Beetle. — Fairburn nigdy mnie nie tknął, jak ktoś na nas patrzył.
— Nie masz się co tak sadzić, Beetle! — wtrącił M’Turk. — Każdy z nas przez to przeszedł w swoim czasie.