Chłopcy spoglądali po sobie.
— Mały Clewer dałby sobie rękę odciąć za jakiś spokojny kąt. Ja się na tym znam! — odezwał się Beetle. — A gdybyśmy go wzięli na chłopca do posługi?
— Nie! — rzekł M’Turk stanowczo. — To mały, niechlujny bydlak, który by zaczął do wszystkiego pchać nos. Prócz tego — my nie będziemy się chyba bawić w jakichś głupkowatych Eryków. Czy chcesz może promenować75 z nim, objąwszy go ręką za szyję?
— Mógłby czyścić nam słoiki z konfitur i ten przepalony rondel od kaszy — przecie ten rondel jest już obrzydliwy.
— To wszystko do niczego! — wykrzyknął Stalky, z trzaskiem kładąc nogi na stole. — Najlepiej będzie znaleźć przyjemniaczka, który go prześladuje, i uszczęśliwić go na nasz sposób. Że też nie zauważyliśmy go podczas pobytu we wspólnym domu.
— Kto wie, może przeciw Clewerowi spiknęła się cała banda mikrusów? Oni tak czasem robią.
— To byśmy musieli na ślepo skopać wszystkich mikrusów w naszym domu — trudna rada! Chodźmy!
— Nie zapalaj się! Spokojnie! Nie wolno się nam z niczym zdradzić! — mitygował go Stalky. — Ktokolwiek by to był, trzyma się w ukryciu, inaczej zauważylibyśmy go z pewnością. Będziemy tak długo obchodzić dom i węszyć, dopóki nie nabierzemy zupełnej pewności.
Obeszli wszystkie wspólne sale domu, odwiedzając starszych i młodszych chłopców, na których mogłoby paść podejrzenie — za radą Beetle’a przetrząsnęli umywalnie, toalety, komórki, jednakże bez rezultatu. Wszyscy byli na swoich miejscach — jedynie Clewer jakby się zapadł pod ziemię.
— To dziwne! — odezwał się Stalky naraz, przystanąwszy pod drzwiami jednego gabinetu. — Ciekawe!