Przez drzwi słychać było stłumiony beczący, wysoki głos, zmieszany ze łzami:

Gdy pewnego poranka ładniutka Kasieńka

— Głośniej, kretynie jeden, bo dostaniesz książką w łeb!

Z dzbanem mleka śpieszyła

— Campbell, proszę cię, nie bij!

do domu.

Słychać było, jak książka uderzyła o coś miękkiego, po czym rozległ się pisk.

— Nie myślałem, że to któryś z chłopców mających własną pracownię — rzekł Beetle. — Teraz rozumiem, dlaczegośmy go nie mogli znaleźć. Ale zadzierać z Seftonem i Campbellem, to rzecz ryzykowna. Prócz tego do ich pracowni nie można wejść tak bez pytania jak do wspólnej sali.

— Co za świnia! — szeptał M’Turk, podsłuchując. — I co to za przyjemność! Zdaje się, Clewer ich obsługuje.

— Ale nie są prefektami. Przynajmniej jedno bene — podkreślił Stalky z wojowniczym uśmiechem. — Sefton i Campbell, hm, Campbell i Sefton. Któryś z nich dostał się do naszego liceum w drodze konkursu!