Campbell i Sefton, to byli dwaj przedwcześnie wybujali, kudłaci młodzi ludzie, w wieku od siedemnastu do osiemnastu lat. Doprowadzeni do rozpaczy rodzice umieścili ich w tym liceum w nadziei, że po pół roku bezustannego kucia będzie ich można przemycić jakoś do Sandhurst. Nominalnie należeli do klasy Mr. Prouta, faktycznie jednak zajmował się nimi sam rektor. Ponieważ nigdy nie mianował prefektami nowo przybyłych uczniów, których nie znał dobrze, zarozumiałe wyrostki dąsały się na szkołę. Sefton był przez trzy miesiące w pewnym londyńskim pensjonacie korepetytorskim i, oczywiście, blagował niesłychanie na temat swych przygód w stolicy. Campbell, który umiał się dobrze ubrać i był bardzo wyszczekany, naśladował go w wyniosłym sposobie traktowania swego otoczenia. W liceum byli dopiero na drugim kursie, a szkoła, przyzwyczajona do lekceważenia tego, co nazywano powszechnie konkursowymi wybiórkami, zachowywała wobec nich zabójczą rezerwę. Tylko ich faworyty76 — Sefton posiadał nawet prawdziwą brzytwę — i ich wąsy wywierały głębokie wrażenie.
— Wejdźmy po prostu i poradźmy im, żeby dali temu spokój! — zaproponował M’Turk. — Nie miałem z nimi nigdy do czynienia, ale głowę daję, że Campbell jest tchórz.
— O, nie! — zaprotestował Stalky, potrząsając głową. — To by była oratio recta, a moim zdaniem znacznie lepsza jest oratio obliqua. A przy tym — gdzież nasz wpływ na nich?
— Głupstwa! Więc cóż chcesz zrobić?
Beetle wszedł do wspólnej sali Nr 9, znajdującej się tuż obok pracowni Seftona i Campbella.
— Co ja chcę zrobić?
W oczach Stalky’ego zapaliły się wojownicze błyski.
— Ja chcę z nimi trochę pogadać. Siedźcie przez chwilę cicho.
Wsadził ręce do kieszeni i gwiżdżąc przez zęby, przyglądał się jakiś czas morzu. A potem nagle jedna noga zaczęła z lekka tupać w podłogę — później się podniósł. Stalky wykręcił się na pięcie i zaczął robić swoje double pas77 — szybkie i urywane — zwykły taniec wojenny, towarzyszący stale układaniu planu bitwy. Trzy razy przebiegł tak przez pustą salę z zaciśniętymi ustami, rozdętymi nozdrzami i kiwając się rytmicznie. A potem naraz zatrzymał się przed milczącym Beetle’em i z lekka zastukał mu w czoło, tak że głowa Beetle’a za każdym razem się kiwnęła. M’Turk założył nogę na nogę, splótł ręce na kolanie i kiwał się z boku na bok. Słychać było, jak Clewer wyje, jakby mu serce pękało.
— Beetle musi pójść na ofiarę! — rzekł Stalky wreszcie. — Bardzo mi przykro, Beetle. Przypomnij sobie Galtona Sztukę podróżowania (jedna z klas studiowała to zajmujące dzieło) i koźlę, którego bek podnieca tygrysa.