Zaledwie upłynął miesiąc wiosennego kursu, Stettson starszy, eksternista, zachorował na dyfteryt, co naraziło rektora na liczne nieprzyjemności. Zakreślił nową, znacznie uszczuploną granicę dla uczniów — jak się pokazało, dyfteryt panował w jednym z dalej położonych folwarków — nakazał surowo prefektom karać chłostą wszystkich, którzy by tę granicę przekraczali, obiecując jeszcze sowity dodatek od siebie. Nie było dość słów potępienia dla Stettsona starszego, izolowanego w domu matki, ten bowiem dopuścił się zbrodni obniżenia przeciętnego poziomu zdrowia w liceum — jak to sam rektor powiedział po modlitwie w sali gimnastycznej. Następnie napisał około dwustu listów do tyluż zaniepokojonych ojców i opiekunów i kazał, aby w szkole szło wszystko jak zwykle. Dalszych wypadków dyfterytu nie było, za to pewnej nocy przed dom rektora zajechał jakiś powóz, a rano pokazało się, że rektor wyjechał ustanowiwszy swym zastępcą Mr. Kinga, starszego dyrektora. Rektor często jeździł do Londynu, jak w liceum twierdzono, w celu przekupywania urzędników i wydobywania od nich w ten sposób pytań, jakie miały być zadawane przy egzaminach wstępnych do szkół wojskowych. Tym razem jednak nieobecność jego trwała dłuższy czas.
— Cwaniak! — mówił Stalky do swych przyjaciół w pracowni pewnego słotnego popołudnia. — Z pewnością skazano go na grzywnę i siedzi teraz pod fałszywym nazwiskiem.
— Za co? — zapytał Beetle, przyłączając się z radością do tego oszczerstwa.
— Czterdzieści szylingów grzywny lub miesiąc aresztu za kopniaki dane woźnemu, który go wyrzucił za drzwi z Pawilonu. Ile razy Bates jest w Londynie, zawsze musi zrobić jakąś burdę. Jak Boga kocham, dużo bym dał za to, żeby już wrócił. Aż brzuch boli od tych bezustannych kazań Kinga o duchu szkoły i honorze domu.
— Żywy obraz brutalnej i zmaterializowanej burżuazji, pracującej tylko dla otrzymania stopni. Ani jednego intelektualisty w całej szkole! — zacytował M’Turk, w zamyśleniu wiercąc dziurę w kominku rozgrzanym do czerwoności hakiem.
— Wściec się można w takie nudne popołudnie. A prócz tego jeszcze śmierdzi. Wiecie co? Chodźmy sobie zapalić. Mam byczego kumeta.
Stalky pokazał im długie indyjskie cygaro.
— Buchnąłem ojcu podczas świąt. Prawdę mówiąc, mam przed tym cygorzem małego boja. Mocniejszy od fajki. Będziemy go palić, jak Indianie fajkę pokoju, podając sobie z ręki do ręki, dobrze? Chodźcie, pójdziemy za stare sztachety żelazne i tam się położymy przy drodze do małpiej fermy.
— To poza granicami. Wściekle w ostatnich czasach przestrzegają granic. A prócz tego z pewnością się porzygamy.
Beetle z miną znawcy powąchał cygaro.