— Wszystko to bardzo piękne! — odezwał się rektor po obiedzie — ale chłopcy zaczynają wysmykać się trochę z rąk. Obawiam się, że z tego wynikną później nieprzyjemności. Dobrze byś zrobił Crandall, gdybyś poszedł spać jak najwcześniej. Sypialnia będzie na ciebie czekać. Nie wiem, jakie zawrotne wyżyny osiągniesz w swej karierze, ale pewien jestem, że nigdy nie spotkasz się z tak absolutnym uwielbieniem jak dziś!

— Niech się dadzą wypchać z całym uwielbieniem. Wolałbym skończyć cygaro.

— To szczere złoto — idź, gdzie sława cię czeka, Crandall minor92.

Jako tło miała tej apoteozie służyć mansarda o dziesięciu łóżkach, połączona z trzema sąsiednimi sypialniami, w których wyjęto drzwi. Gaz płonął nad skromnymi, zwyczajnymi umywalniami z białego drzewa sosnowego. Przeciągi gwizdały bezustannie, a przez okna, niezasłonięte roletami, widać było morze prące falami na płaski, piaszczysty brzeg.

— To samo stare łóżko — prawdopodobnie ten sam stary materac — mówił Crandall, ziewając. — Wszystko to samo. Och, ale mnie kości bolą. Nie miałem wyobrażenia, że wy, smarkacze, potraficie tak grać — to mówiąc, roztarł sobie stłuczoną kostkę. — Każdemu z nas dostało się coś na pamiątkę.

Kilka minut minęło, zanim poczuli się jakoś swobodniej; zwłaszcza uczuli się spokojniejszymi, gdy Crandall odwrócił się i, uklęknąwszy, zmówił pacierz — ceremonia, którą zaniedbywał przez kilka lat.

— Oj, zapomniałem! Bardzo mi przykro, zapomniałem zgasić światło.

— Nic nie szkodzi! — uspokajał go prefekt sypialni. — To należy do Worthingtona.

Dwunastoletni chłopaczek w koszuli nocnej, czekający, kiedy wreszcie on będzie mógł pokazać się na widowni, wyskoczył z łóżka i zgasił światło, wspinając się po umywalniach.

— A co robicie, gdy on śpi? — zapytał Crandall, śmiejąc się.