— Poszedł do starego! Prędko! Chodźcie!
Zadyszani wpadli do sali Nr 12.
— Idzie! Idzie! Idzie!
Na to hasło zgiełk się natychmiast uciszył, zaś Stalky, wskoczywszy na ławkę, mówił prędko:
— On przyszedł i wyssał dyfteryczną materię z gardła Stettsona starszego, jak my myśleliśmy, że był w mieście. Stulcie pyski, hołoto! Stettson starszy byłby kipnął, gdyby stary tego nie zrobił. Stary mógł się także na śmierć zarazić. Crandall mówi, że to największe bohaterstwo, jakiego człowiek może dokazać i — głos jego załamał się — stary nie wie, że my wiemy!
M’Turk i Beetle skacząc z ławki na ławkę, ponieśli tę wieść niższym klasom. Nastała pauza, po czym wszedł nagle rektor, za nim Mason. Do ustalonego porządku rzeczy należało, że w jego obecności żaden chłopak nie śmiał ani pisnąć, ani drgnąć. Toteż rektor był pewien, że zastanie pełną bojaźni i szacunku ciszę. Tymczasem powitało go głośne „hura” — nieustające i coraz głośniejsze. Jako człowiek mądry, natychmiast wyszedł, zaś chłopcy umilkli i siedzieli trochę zaniepokojeni.
— Nic się nie bójcie! — wołał Stalky. — Nic wam nie zrobi. To nie to, co wtedy, kiedyśmy to połamali pulpity, gdy stary Carleton miał preparację. Dalej, ryczcie! Słyszycie, jak wołają „hura” w pracowniach?
Wyleciał z przeraźliwym okrzykiem, aby się przekonać, że Flint i prefekci wrzeszczą „hura”, od którego aż mury drżały.
Jeśli rektora mianowanego przez anonimowe towarzystwo akcyjne, dające cztery od sta, w nabożnej drodze na modlitwę witają głośne okrzyki „hura”, wydawane nie tylko przez cztery klasy chłopców oczekujących kary, ale nawet przez jego zaufanych prefektów, rektor może albo zażądać wyjaśnienia, albo też z godnością iść dalej swoją drogą, podczas gdy najstarszy dyrektor, z oczami płonącymi jak u rozdrażnionego kota, będzie tłumaczył pobladłemu i drżącemu nauczycielowi matematyki, że pewne metody — nie jego, Bogu dzięki! — muszą pociągać za sobą odpowiednie następstwa. Starzy Chłopcy przez delikatność nie stawili się na apelu. Do uczniów ustawionych szeregiem wzdłuż ściany sali gimnastycznej przemówił rektor lodowatym tonem:
— Nieczęsto się zdarza, żebym was nie rozumiał; wyznaję jednak, że tak jest dzisiejszego wieczoru. Kilku z was, po swych idiotycznych błazeństwach podczas preparacji, przyszło do przekonania, że jestem osobą godną witania okrzykami — „hura”. Otóż ja wam pokażę, że tak nie jest.