Zdanie przeszło w charczenie, bo Stalky wyskoczył ze swego łóżka i wraz z M’Turkiem usiadł na głowie Beetle’owi, który omal nie wysadził miny w powietrze.

Dzień następny, ostatni dzień nauki, przeznaczony na zupełnie nic nieznaczące egzaminy, rozpoczął się od swarów i niepokojów. Mr. King dowiedział się, że cała jego klasa — w długim szeregu budynków sąsiadujących z klasą Prouta — otworzyła drzwi oddzielające od siebie obie sypialnie i poszła słuchać opowiadania Crandalla. Oburzony, dotknięty do żywego, biadający, czym prędzej pośpieszył ze skargą do rektora, albowiem co się jego tyczy, to on nigdy nie był i nie jest zwolennikiem pozwalania tak zwanym światowym młodym ludziom na zarażanie ducha młodzieży.

— Zupełnie słusznie! — odpowiedział rektor, obiecując, że wejrzy w tę sprawę.

— Bardzo mi przykro! — rzekł Crandall zmartwiony. — Ale ja na pewno nie powiedziałem im nic takiego, czego by słyszeć nie powinni. Nie chciałbym, żeby z mego powodu mieli nieprzyjemności.

— Tss! To nie chłopcy robią zamieszanie, ale nauczyciele — odrzekł rektor, ledwo dostrzegalnie mrugając okiem. — Prout i King są przeciwni licznym zebraniom w sypialniach — cóż zrobić, muszę wziąć stronę dyrektorów. Z drugiej strony niepodobieństwo, abym w ostatni dzień kursu karał tylko dwie klasy. Trzeba być sprawiedliwym i ukarać wszystkich. Zrobimy to tak: oni mają z pewnością jakieś zadanie na święta, którego żaden z nich, oczywiście, ani nie tknie. Otóż dziś wieczorem całej szkole, wyjąwszy prefektów i dorosłych, którzy mają własne pracownie, każemy robić preparację, zaś sala nauczycielska musi dostarczyć nauczyciela, który by chłopców inwigilował. Jak sprawiedliwość, to sprawiedliwość.

— Preparacja w ostatni dzień nauki? — Aj! — wykrzyknął Crandall, myśląc o własnej, burzliwej młodości. — Ręczę, że będą awantury!

Chłopcy, którzy uganiali się już wśród spakowanych kufrów, pokrzykiwali radośnie w korytarzach lub też wykonywali w salach tańce wojenne, przyjęli tę wiadomość z osłupieniem i wściekłością. Żadna szkoła na świecie nie robiła preparacji wieczorem w przeddzień końca kursu. To było potworne, okrutne, sprzeczne z prawem, religią, moralnością. Owszem, pójdą do klas, wezmą ze sobą wakacyjne zadania, ale — tu uśmiechali się i zaczynali spekulować, kogo ciało nauczycielskie wyśle przeciw nim. Los padł na Masona, prostodusznego i kochającego młodzież entuzjastę. Nikt inny nie chciał objąć tej preparacji, bo w liceum brakowało zbawiennego wpływu tradycji i przyzwyczajeni do uregulowanej rutyny zakładów starszych nauczyciele twierdzili czasem, że w tej szkole jest za mało dyscypliny. Cztery długie klasy, w których pracowali wszyscy uczniowie poniżej prefektów i tych, którzy mieli własne pracownie, przyjęły go gromkimi okrzykami radości. Zanim zdołał dwa razy odkaszlnąć, uszczęśliwiono go rymowanym wyciągiem z prawa małżeńskiego Wielkiej Brytanii, zredagowanym przez arcykapłana izraelickiego i opatrzonym uwagami wodza zastępów. Niższe klasy przypomniały mu, że to już ostatni dzień i że to wszystko tylko żarty. Kiedy ich chciał wyłajać, niższa czwarta i wyższa trzecia zaczęły naraz głośno i nader realistycznie udawać wymioty. Wobec tego Mr. Mason wdał się z nimi najzbyteczniej w świecie w polemikę, a wówczas jakiś zuchwały drab, siedzący w ostatnich ławkach, dał mu „pięćdziesiąt wierszy za niepoprawny sposób wyrażania się”. Masona, który pysznił się czystością swej angielszczyzny, ukłuło to do żywego, kiedy jednak zaczął szukać winowajcy, niższa i wyższa druga, oddalone o trzy klasy, zgasiły gaz i zaczęły rzucać kałamarzami. Była to niezmiernie zabawna i wesoła preparacja. Prefekci i zamknięci w swych pracowniach uczniowie słyszeli z daleka jej odgłosy, siedzące zaś przy deserze ciało nauczycielskie uśmiechało się.

Stalky czekał z zegarkiem w ręku aż do wpół do ósmej.

— Jeśli to potrwa dłużej, rektor przyjdzie z pewnością — odezwał się. — Trzeba będzie naprzód zawiadomić pracownie, potem klasy. Jazda!

Nie pozwolił dramatyzować Beetle’owi ani cedzić słówka przez zęby M’Turkowi. Pędzili od pracowni do pracowni, mówili, co mieli do powiedzenia, i nie czekając na dalsze pytania, wybiegali, jak tylko spostrzegli, że ich zrozumiano. A równocześnie huk nieszczęsnej preparacji rósł i potężniał. Przez uchylone drzwi od pracowni Flinta widzieli Masona pędzącego ku korytarzowi.