— Powinniście nam być wdzięczni! — rzekł Stalky znacząco.
— Jestem serdecznie wdzięczny, panie Corkran. W służbie musiałem nieraz od czasu do czasu zrobić panu na złość, ale poza służbą — rozumie pan, przekraczanie granic, palenie — jest pan jedynym młodym człowiekiem, na którego pomoc mogę liczyć, jeśli się przypadkiem potknę. Komendrował pan doskonale, ja to panu mówię. A teraz, gdyby pan chciał w przyszłości regularnie...
— Ależ on musiałby się dlatego spóźniać trzy razy na tydzień! — zawołał Beetle. — Nie myślicie chyba, Foxy, że on będzie się stale spóźniał dla waszej przyjemności.
— To prawda! — westchnął Foxy. — Ale gdyby pan Stalky mógł się jakoś urządzić i pan też, panie Beetle — dałoby wam to wielkie „for” na wypadek założenia u nas korpusu kadetów. Mnie się zdaje, że generał o to się postara.
Spustoszyli sklep Keyte’a sami, przez nikogo nie krępowani, bo stary, który znał ich zresztą dobrze, najzupełniej zajęty był rozmową z Foxy’m.
— Według mego rachunku mamy płacić siedem szylingów, sześć szóstek! — wołał Stalky na drugi koniec sklepu przez ladę. — Ale lepiej, żeby pan sam policzył.
— Nie potrzeba! Ja panu wierzę na słowo, panie Corkran. — Mówicie, sierżancie, że służył w Pompadourach. Myśmy raz stali razem z nimi na garnizonie — w Umbalii, jeśli się nie mylę...
— Panie Keyte, czy te konserwy z szynki i ozora kosztują szylinga i osiem szóstek, czy szylinga i cztery szóstki?
— Niech będzie szylinga i cztery szóstki, panie Corkran. Rozumie się, sierżancie, chętnie bym na to czasem jaką godzinkę poświęcił, ale jestem już za stary. Ale bardzo bym chciał widzieć ich podczas musztry.
— Chodź, Stalky! — zawołał M’Turk. — On cię nie słucha. Zostaw mu pieniądze na ladzie.