— A jednak, mój drogi Beetle — King na pięcie odwrócił się do niego — możliwe jest, że gospodarze domów — niezbędny, choć poniekąd lekceważony czynnik w skromnym mechanizmie naszej egzystencji — będą również coś mieli do powiedzenia w tej materii. Życie, zwłaszcza życie młodzieży, to nie sama tylko broń i amunicja. Czasami zajmujemy się także przypadkowo nauką.

— Jak to bydlę jest wiecznie niezmienne! — mruknął M’Turk, kiedy King nie mógł ich już słyszeć. — Zawsze wiadomo, na co się da złapać. Widziałeś, jak go dźgnęło, kiedyśmy mówili o rektorze i specjalnych przywilejach.

— Niech się da wypchać. Mógłby się był zdobyć na przyzwoitość popierania korpusu. Wtedy ja mógłbym napisać balladę wykpiwającą tę całą historię; a tak muszę udawać zwariowanego entuzjastę. Mimo wszystko możemy jednak w pracowni wpychać Stalky’emu szpile, gdzie się tylko da.

— Naturalnie. Ale w liceum musimy udawać, że jesteśmy za korpusem kadetów. Nie mógłbyś napisać jakiego morowego epigramu à la Catullus na to, że King jest korpusowi przeciwny?

Beetle zajęty był właśnie tym szlachetnym zadaniem, gdy wrócił Stalky rozgrzany musztrą.

— Hallo, stary rębajło! — zaczął M’Turk. — Gdzież ubity pies? — Czy to obrona, czy wyzwanie?

— Wyzwanie! — odpowiedział Stalky, rzucając się równocześnie na niego. — Słuchaj, Turkey, dajcie spokój korpusowi. Myśmy to byczo zorganizowali. Foxy przysiągł, że nie wyprowadzi nas na ulicę, póki sami nie zechcemy.

— Nieprzyzwoite wystawianie na widok publiczny nieletnich dzieci, małpujących idiosynkrazje starszych. Fuj!

— Mówiłeś z Kingiem, Beetle? — pytał Stalky podczas pauzy w zapasach.

— Niekoniecznie, ale to jego miły styl.