— Hallo! — tu Stalky powrócił do normalnego tonu. — Trafiony! Zaczerwieniłeś się, Ansell! Ruszyłeś się!

— Trudno mi było powstrzymać rumieniec — brzmiała odpowiedź — ale zdaje mi się, że się nie ruszyłem.

— Wszystko jedno, teraz na ciebie kolej! — Stalky stanął na swoim miejscu w szeregu.

— O, mój Boże! Toż to najlepsza komedia w świecie! — śmiał się Keyte, przyglądając się uważnie plutonowi.

Ansella Bóg też obdarzył krewnymi służącymi w wojsku. Powoli, przeciągając leniwie — jego styl był bardziej obmyślany niż Stalky’ego — zstąpił w otchłanne głębie spraw osobistych.

— Trafiony! — krzyknął triumfująco. — Ty też nie mogłeś wytrzymać!

Stalky był czerwony jak burak, a karabin dygotał mu w rękach.

— Myślałem, że wytrzymam — mówił, opanowując się z trudem — ale już po chwili krew mi do głowy uderzyła. Ciekawe, co?

— Dobrze robi na temperament — mówił powolny Hogan, kiedy składali broń.

— Widzieliście kiedy coś podobnego? — mówił zrozpaczony Foxy do Keyte’a.