— Ja się na ochotnikach nie znam, ale to najpocieszniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem. Ja już wiem, czego oni chcą. Boże, ileż razy w życiu mnie tak zjechano! Ale postawę mają bardzo dobrą, naprawdę, doskonałą.
— Gdyby mi się udało wywabić ich w pole, zrobiłbym z nimi wszystko, co tylko bym chciał. Inaczej może zaczną śpiewać, gdy przyjdą mundury.
Faktycznie był już najwyższy czas, aby korpus kadetów do pewnego stopnia zaspokoił ciekawość szkoły. Trzy razy już wartę zmaltretowano i trzy razy korpus wymierzał zbrodniarzowi sprawiedliwość według własnego prawa wojennego. Szkoła szalała. Co komu — mówiono — po korpusie kadetów, którego nikt nigdy nie widzi? Mr. King gratulował szkole niewidzialnych obrońców, a tych jego pchnięć nie było czym odbić. Foxy sposępniał i zaczął się niecierpliwić. Kilku członków korpusu wyrażało wątpliwość co do mądrości tego sposobu postępowania i kwestia mundurów zarysowała się na horyzoncie. Gdyby im je dano, musieliby je nosić.
Ale jak się to często w życiu zdarza, rozstrzygnięcie niespodziewanie samo naraz przyszło z zewnątrz.
Rektor w swoim czasie poinformował radę nadzorczą, że poleceniu jej stało się zadość i że — o ile wie — chłopcy uczą się musztry.
Nie wspomniał nic o warunkach, pod jakimi ochotnicy zgodzili się na tę naukę. Oczywiście, generał Collinson był zachwycony i podzielił się tym zachwytem ze swymi przyjaciółmi. Jeden z tych jego przyjaciół miał znów przyjaciela, który był członkiem parlamentu — człowieka pełnego jak najlepszych chęci, inteligentnego, a przede wszystkim wielkiego patriotę, pragnącego zrobić jak najwięcej dobrego w jak najkrótszym czasie. Niestety jednak, nie możemy odpowiadać za przyjaciół naszych przyjaciół. Gdyby przyjaciel Collinsona był mu tego swego przyjaciela przedstawił, generał byłby poczynił odpowiednie kroki i w ten sposób jeszcze niejedno może uratował. Ale przyjaciel mówił tylko o swym przyjacielu, a ponieważ nie ma na świecie dwu ludzi, którzy by daną rzecz widzieli tak samo, portret przedstawiony Collinsonowi nie był dokładny. Prócz tego, człowiek ów był posłem do parlamentu i nienagannym konserwatystą, a generał żywił — właściwy każdemu żołnierzowi angielskiemu — ogromny szacunek dla tej najwyższej instytucji. Mąż ten wyjeżdżał właśnie na zachód wnieść trochę światła w jakiś ciemny okrąg wyborczy. Czy nie byłoby dobrze, gdyby zbrojny w rekomendację generała i wziąwszy za temat ten przedziwny, nowopowstały korpus kadecki powiedział parę słów, ot po prostu pogawędził trochę z chłopcami, co? Pan wie, co oni lubią, a to właśnie człowiek, jakiego tam potrzeba... Już on im do serca przemówić potrafi, może pan być pewny...
— Za moich czasów nie trzeba było do nich dużo mówić — odpowiedział generał nieufnie.
— Ale czasy się zmieniają — w miarę jak się szerzy oświata i tak dalej. Dzisiejsi chłopcy, to jutrzejsi mężczyźni. Czym skorupka za młodu nasiąknie... Zwłaszcza, rozumie pan generał, w tym czasie, kiedy kraj schodzi na psy!
— Co do tego masz pan zupełną słuszność.
Wyspa rozpoczynała pięcioletni okres rządów Gladstone’a i już sam ich początek nie przypadł generałowi do gustu. Wobec tego obiecał napisać do rektora, bo ostatecznie kwestii nie ulegało, że dzisiejsi chłopcy to jutrzejsi mężczyźni. To, jego zdaniem, było niezwykle dobrze powiedziane.