— Za żadne skarby świata nie opuściłbym tego odczytu — mówił M’Turk. — Chłopcy mówili, że ta baba, wołająca wciąż Ruomeo — Ruomeo — to była piła. Ja nie mówiłem nic, mnie się ona podobała. A dopiero jak dostała w samym środku tyrady czkawki! Może i on czkawki dostanie? Pamiętajcie, kto pierwszy wejdzie do sali gimnastycznej, ma zająć miejsca dla wszystkich trzech.

*

Niemało oczu obserwowało Mr. Raymonda Martina M. P., który zajeżdżał przed dom rektora. Nowo przybyły, bez śladu jakiegoś zdenerwowania, wysiadł z powozu w jak najlepszym humorze i pełen życia.

— Trąci mi trochę szewcem — zauważył M’Turk. — Nie zdziwiłbym się, gdyby był radykałem. Targował się z fiakrem98 przy wysiadaniu. Słyszałem na własne uszy.

— To jego byczy patriotyzm! — objaśnił Beetle.

Po herbacie rzucili się do szturmu, aby zdobyć miejsca dla siebie, obsadzili jakiś spokojny kąt i zaczęli krytykować. Wszystkie lampy gazowe były zapalone. Na małym wzniesieniu w głębi sali stał fotel rektora. Tam to miał Mr. Martin wygłosić swój odczyt. Przed wzniesieniem był rząd krzeseł dla profesorów.

Wszedł z urzędową miną Foxy i oparł o biurko przedmiot podobny do kawałka materii owiniętej dokoła kija. Ponieważ nikogo z władz jeszcze nie było, szkoła zaczęła bić brawo, wołając:

— Co to takiego, Foxy? Czyście buchnęli gościowi parasol? My tu rózeg nie potrzebujemy! U nas się bije trzciną! Weźcie tę miotłę! Odlicz! — i tak dalej, dopóki wejście rektora i nauczycieli nie położyło końca tym demonstracjom.

— Jedna bycza rzecz — belfrzy nie cierpią tego tak samo jak my. Patrz, jak King chciałby się wydostać z przeciągu...

— Gdzie Raymondiferus Martin? Punktualność, drodzy słuchacze, to obraz wojny...