— Przestań gęgać! Oto Jego Wysokość! Boże, co za morda!

Mr. Martin, w stroju wieczorowym, wyglądał niewątpliwie okazałe — wysoki, mocno zbudowany, biało-czerwony mężczyzna. Jednakże, co się tyczy wychowania, Beetle zachowałby się lepiej od niego.

— Patrz na jego plecy podczas rozmowy z rektorem. Co za maniera obracania się plecami do sali! To filister... Jebuzyta... Hiwita... — mówił M’Turk, cofając się i parskając pogardliwie.

Kilku bezbarwnymi słowy rektor przedstawił mówcę i usiadł wśród oklasków. Gdy zobaczono, że Mr. Martin wziął te oklaski do siebie, naturalnie, zaczęto klaskać jeszcze bardziej, tak że przez dłuższą chwilę nie mógł zacząć. Nie znał zupełnie szkoły — ani jej tradycji, ani historii. Nie wiedział, że jak to stwierdziły najnowsze obliczenia, z tych chłopców na stu ośmiu urodziło się gdzieś daleko — w obozie, w garnizonie lub na pełnym morzu, zaś siedemdziesięciu pięciu na stu było synów oficerów armii lądowej lub marynarki — Willoughby’ów, Gauletów, De Castro, Mayne’ów, Randallów i tym podobnych — nie myślących o niczym innym, jak tylko, aby w dalszym ciągu uprawiać rzemiosło ojców. Rektor mógł mu powiedzieć to i znacznie więcej jeszcze ciekawych rzeczy, ale po trwającym całą godzinę obiedzie, zjedzonym w jego towarzystwie, postanowił raczej nie mówić już nic. Mr. Raymond Martin sam wszystko wiedział.

Rozpoczął swą mowę od długiego, charkoczącego „A więc, chłopcy!”, które, choć słuchacze nie zdawali sobie z tego nawet sprawy, od razu nieprzyjemnie szarpnęło każdym młodym nerwem. Zaznaczył, że oni chyba wiedzą — hę? — po co do nich przyjechał? Nieczęsto miał sposobność przemawiać do chłopców, jednakże, mimo iż niektórzy uważają chłopców raczej za pocieszne, niezasługujące na uwagę istoty, on przypuszcza, że są tacy sami, jakimi byli w czasach jego młodości.

— Ten człowiek — rzekł M’Turk z przekonaniem — jest świnia gadareńska!

Tu jednak należy zaznaczyć, że przecie oni nie będą zawsze chłopcami! Wyrosną na ludzi, albowiem dzisiejsi chłopcy, to ludzie jutra, a od ludzi jutra zależy dobra sława ich wielkiej ojczyzny.

— Jeśli to pójdzie tak dalej, moi kochani słuchacze, to przykrym mym obowiązkiem będzie poskromić tego szewczynę.

Stalky wciągnął nosem powietrze.

— Niepodobieństwo! — zwrócił mu uwagę M’Turk. — On pokazuje swego Romea bezpłatnie.