— Wtedy? Jak to co? — zawołał Beetle, podskakując z radości na samą myśl o tym. — Czy nie rozumiecie jeszcze? Przecież stąd chyba wniosek jasny, że szósta klasa nie może się obronić przeciw publicznym zniewagom, a nawet porwaniu. To znaczy, że trzeba chyba, aby niańki chodziły z nimi na spacer. Wystarczy szepnąć to tylko w budzie — toż by się szósta klasa wkopała!

— Jak Boga mego! — ucieszył się Stalky. — Dobrze się kończy nasz ostatni kurs. A teraz syp i popraw tę swoją szmatę, ja i Turkey pomożemy ci. Wejdziemy od tyłu, po co nam niepokoić Randalla.

— Tylko nie naróbcie mi zamieszania — mówił Beetle, wiedząc dobrze, czego się może spodziewać po pomocy przyjaciół, ale z drugiej strony nie mogąc wytrzymać, aby się swym znaczeniem przed nimi nie popisać. Jego własne terytorium stanowiła znajdująca się za drukarnią Randalla mała komórka, w której Beetle’owi zdawało się czasem, że jest naczelnym redaktorem „Times’a”. Tu, pod kierunkiem zasmarowanego czernidłem drukarskim terminatora, nauczył się jako tako gospodarować w kasztach, skutkiem czego uważał się za biegłego zecera.

Na kamiennym stole leżały już gotowe kolumny pisma licealnego. Beetle mógł poprawić leżącą na boku korektę, tego jednak za nic w świecie by nie uczynił. Zbrojny w młotek i szczypczyki wyciągał tajemnicze sztabki, rozluźniając formę, tu wyjął jakąś literę, tam ją znów włożył, czytając dorywczo, pochylony nad kolumnami i chichocząc nad własnymi artykułami.

— Z pewnością nie sadziłbyś się tak, jakbyś tym musiał zarabiać na życie — rzekł M’Turk. — To do góry nogami i po żydowsku? Czekaj, czy ja co potrafię przeczytać.

— Idźże! — zawołał Beetle. — Przeczytaj te kolumny w formie, jeśli myślisz, że jesteś taki mądry.

— Kolumny w formie! Cóż to znowu! Nie bądźże takim wściekłym fachowcem.

M’Turk zaczął się wraz ze Stalkym wałęsać po drukarni. Wszystkiego musieli dotknąć.

— Beetle, chodź no tu! — zawołał po paru minutach Stalky.

— Co to takiego? To mi coś przypomina.