— Ja mówiłem tylko, prosz pampsora, że tekst przed rozdaniem należało przejrzeć.
— Słuchajcie! Słuchajcie! — rozległo się z tylnych ławek.
Mr. King zapragnął dowiedzieć się, czy Beetle osobiście zamierza ustalać tradycje szkoły, i ta jego żądza wiedzy pochłonęła nowych piętnaście minut, podczas których prefekci jawnie już zaczęli okazywać swe zniecierpliwienie.
— Powiadam wam, bawiliśmy się byczo! — opowiadał potem Beetle w pustej już i obranej ze wszystkiego pracowni Nr 5. — Trochę krzyczał, a potem ja znów pociągnąłem go za język, a potem podyktował nam z połowę Dolabelli.
— Poczciwy, stary Dolabella! — rzekł Stalky czule. — To mój przyjaciel. No i...?
— A wtedy myśmy go znowu zaczęli pytać, jak się każde słowo pisze, i on, oczywiście, znowu się rozwrzeszczał. Sklął mnie i Mac Lagana (Mac Lagan udawał, że się ze mną kłóci) i Randalla, i „materialistyczną ignorancję, nieoświeconej burżuazji”, jej „ubieganie się wyłącznie o stopnie” i tak dalej. Był to istotnie ostatni popis, ostatni atak, ostatnie parergon.
— Ależ on był pijaniuteńki, jak układał to zadanie! Spodziewam się, że to dałeś do zrozumienia — wykrzyknął Stalky.
— Pewnie! Powiedziałem to Tulkemu. Powiedziałem mu, że niemoralny prefekt i pijaczyna-dyrektor stanowią parę. O mało się nie rozbeczał. Od czasu tej historii z Mary ma przede mną strasznego boja!
Tulke zachowywał się już skromnie i nieśmiało do ostatniej chwili, kiedy wypłacono pieniądze na podróż i kiedy chłopcy zaczęli siadać na bryczki, które miały ich zawieźć na stację.
— Widzisz, Tulke! — zaczął Stalky. — Możesz być sobie prefektem, ale ja skończyłem już liceum, a ty zostajesz. Rozumiesz to?