— Tak jest, rozumiem. Bez urazy, Stalky!
— Stalky? Cóż to za śmiałość, smarkaczu jeden! — wykrzyknął Stalky, wspaniały w swym cylindrze, wysokim kołnierzyku, getrach i w dobrze skrojonym, brązowym ulstrze. — Chciałbym, żebyś zdał sobie sprawę z tego, iż ja jestem Mr. Corkran, podczas gdy ty jesteś małym, parszywym sztubakiem.
— Poza tym niesłychanie zepsutym! — dodał M’Turk. — Jak śmiesz nawet narzucać swe towarzystwo młodym ludziom o czystych duszach i wzniosłym sposobie myślenia?
— Chodź tu, Tulke! — wołał Naughten z wozu prefektów.
— Owszem, idziemy! Wstawać, chłopaki, i posunąć mi się zaraz. Wy wszyscy wrócicie tu na drugi kurs z waszym „Tak jest, prosz pampsora” i „O, prosz pampsora” i „Nie, prosz pampsora”! Zanim się jednak rozstaniemy, opowiem wam małą historyjkę. Jazda, Dickie (to do woźnicy), jesteśmy już gotowi. Wsuńcie to pudło na cylinder pod ławkę i nie pchajcie się tak na waszego wuja Stalky’ego.
— Doprawdy, trudno o grupę wznioślej myślących pacholąt, jakby się kto pytał! — mówił M’Turk z życzliwą łaskawością. — Odrobinę niemoralni, ale ostatecznie, cóż robić! Chłopcy zawsze zostaną chłopcami. Nie ma co robić tak nadętej miny, Carson. Pan Corkran zamierza nas zabawić historią Tulkego i Mary Yeo!
Niewolnicy lampy
Część druga
Tenże sam Dzieciuch, który Eustachemu Cleaverowi, powieściopisarzowi, opowiedział swego czasu historię ujęcia Boha Na Ghee, odziedziczywszy baronię z olbrzymimi dochodami, wystąpił z wojska i pędził życie bogatego ziemianina, podczas gdy matka jego czuwała, aby się ożenił jak należy. Ale Dzieciuch, nie orientując się jeszcze w nowych stosunkach, darował miejscowym ochotnikom na strzelnicę obszar długości dwu mil, leżący w samym środku jego majątku, skutkiem czego sąsiedzi, żyjący z dala od świata w krzakach pełnych bażantów, uważali go za skończonego wariata. Huk strzałów karabinowych płoszył ptactwo, dlatego wykluczono Dzieciucha z towarzystwa sędziów pokoju i przyzwoitych ludzi do czasu, aż jakaś panna z okolicy nie nauczy go rozumu. Dzieciuch mścił się za to, zaludniając swój dom starannie dobieranymi starymi kolegami licealnymi, przyjeżdżającymi na urlop — rozkosznymi weteranami, na których panny z okolicy, jeżdżące na rowerach, mogły tylko z daleka rzucić okiem. Z zaproszeń Dzieciucha wiedziałem, skąd jaki transport wojskowy nadszedł. Czasami sprowadzał kolegów w równym z nami wieku, czasem młodych, czerwieniących się łatwo olbrzymów, w których poznawałem byłych mikrusów, znanych mi jeszcze z drugiej przygotowawczej. Tych Dzieciuch i inni starsi pouczali o obowiązkach żołnierza.
— Ja musiałem z wojska wystąpić — mawiał Dzieciuch. — Z tego jednak nie wynika, aby olbrzymie zasoby mych doświadczeń musiały być dla przyszłości stracone.