— Uważajcie! — odezwał się Dick IV. — Pułkownik Departamentu Politycznego na czele trzydziestu Sikhów na wierzchołku góry. Uważajcie dzieci!

— Naturalnie, Cathcart, nie w ciemię bity, mimo że istotnie służył w Departamencie Politycznym, pozwolił Stalky’emu przez następnych sześć miesięcy polować w promieniu piętnastu mil dokoła fortu Everett. Wiedziałem dobrze, że oni, Rutton Singh, a także jeniec Stalky’ego — to była jedna ręka. Potem, zdaje mi się, Stalky po prostu wrócił do swego pułku. Od tego czasu już go nie widziałem.

— Ale za to ja go widziałem! — rzekł M’Turk, prostując się z dumą.

Jak jeden człowiek zwróciliśmy się wszyscy ku niemu.

— Było to z nastaniem tegorocznych upałów. Byłem w obozie niedaleko Dżallandra i pewnego dnia natknąłem się na Stalky’ego w jakiejś wsi sikhańskiej. Siedział na jedynym krześle urzędowym, z tuzinem dzieci na kolanach i z girlandą kwiatów na szyi; jakiś stary, bezzębny babsztyl klepał go po ramieniu, a co najmniej połowa ludności składała mu hołd. Powiedział mi, że wyjechał na rekrutację. Zjedliśmy razem obiad, ale ani słowem nie wspomniał o całej awanturze z fortem. Powiedział mi także, że gdybym potrzebował żywności, najlepiej zrobię, jeśli powiem, że jestem bhai Koran-sahiba. Tak też zrobiłem, a wtedy Sikhowie nie chcieli przyjmować ode mnie pieniędzy.

— Aha! To musiała być któraś ze wsi Rutton Singha! — rzekł Dick IV.

Przez jakiś czas paliliśmy w milczeniu.

— Słuchajcie! — odezwał się M’Turk, cofnąwszy się we wspomnieniach aż do liceum. — Czy Stalky mówił wam kiedy, jak to się stało, że Króliczy Bobek zdemolował wówczas pracownię Kinga?

— Nie! — odpowiedział Dick IV.

M’Turk opowiedział.