I woła, że już dość;

Wyrzucać nikogo nie trzeba,

Sam pójdzie każdy gość!

— Byczo! Byczo! A teraz scena wdowy z księżniczką. Turkey, prędzej!

M’Turk w fioletowej, jedwabnej sukni i zgrabnym, błękitnym turbanie wysunął się naprzód nieśmiało, jak ktoś, kto się samego siebie niesłychanie wstydzi. Niewolnik Lampy zsunął się z pianina i skopał go z zimną krwią.

— Graj, Turkey! — zachęcał go. — To nie są żadne żarty!

Ale w tej chwili rozległo się w drzwiach pukanie władcy. Był to przypadkiem King, który w czarnym ubraniu i moździerzu na głowie wyprawił się na wieczorny podjazd przed obiadem.

— Drzwi zamknięte na klucz! Drzwi zamknięte na klucz! — warknął, marszcząc brwi. — Cóż to ma znaczyć? I jakiż cel — jeżeli mi wolno zapytać — ma to... to dziwaczne przebranie?

— Przedstawienie, prosz pampsora. Pan rektor dał nam pozwolenie — odpowiedział Ebenezar jako jedyny w zgromadzeniu uczeń szóstej klasy. Dick IV stał mężnie w dumnym poczuciu dobrze leżących trykotów, ale Beetle starał się ukryć za pianinem. Czarny szlafrok, wypożyczony od matki jednego z eksternistów, i pstrokaty, bawełniany gorset, niesymetrycznie wypchany papierem, może człowieka ośmieszyć. A i pod innymi względami miał Beetle także nieczyste sumienie.

— Zawsze ci sami! — zaśmiał się King szyderczo. — Czcze błazeństwa w chwili, kiedy kariery wasze, jakie by one tam już były, ważą się na szali. Oczywiście! Ach, rozumie się! Stara szajka zatwardziałych grzeszników — sprzymierzone siły anarchii — Corkran...