Niewolnik Lampy ukłonił się grzecznie.
— M’Turk...
Irlandczyk uśmiechnął się.
— I, oczywiście, nieoceniony Beetle, nasz kochany Gigadibs.
Ebenezar, Cesarz i Aladyn cieszyli się względnie lepszą opinią, wobec czego King ich ominął.
— Chodź no tu, mój ty bufonie mały, pismaku jeden, wyłaź spoza tego instrumentu muzycznego. Jak się domyślam, jesteś dostawcą wierszydeł dla tej biesiady duchowej. Uważasz się, oczywiście, iż tak rzekę37, za poetę?
— Z pewnością znalazł jakiś wiersz! — pomyślał Beetle, zauważywszy rumieniec na kości policzkowej Kinga.
— Miałem właśnie rozkosz przeczytania jednej z takich twoich elukubracji pod mym adresem, elukubracji, która zdaje mi się, pretendowała do rymów. Zatem — zatem kpi się ze mnie, mistrzu Gigadibs, nieprawdaż? Ja doskonale rozumiem — nie potrzebujesz mi tego tłumaczyć — że to nie było przeznaczone dla mojego większego zbudowania. Toteż uśmiałem się do łez, czytając to — do łez! Takie papierowe, sztubackie pociski — bo jesteśmy sztubakiem, to trudno, mistrzu Gigadbis — nie zdołają wyprowadzić mnie z równowagi.
— Ciekawy jestem, co to mogło być! — myślał Beetle.
Puścił on już niejeden paszkwil między wdzięcznych czytelników, od czasu jak zmiarkował, że można wierszem wymierzać sobie sprawiedliwość.