— Ja myślałem, że ty ją wraz z Beetle’em poprawisz... a potem wywiesilibyśmy ją w korytarzu — rzekł pokornie autor.
— Ani mi się śni! Nie myślę mieszać się do tej awantury — odpowiedział Beetle. — To tylko powiększy triumf klasy Kinga. M’Turk ma najzupełniejszą słuszność.
— No to może ty, Stalky?
Stalky wydął policzki na sposób Panurga, spojrzał sobie zezem na koniec nosa i bąknął tylko:
— O, wy ohydne gaduły!
— Wy parchy obrzydliwe! — odpowiedziała natychmiast ludność, zasypując obelgami wychodzących.
— Wściec się można! — rzekł M’Turk. — Wiecie co? Weźmiemy pukawki i chodźmy na króliki.
Trzy pistolety flobertowe wraz z odpowiednią ilością amunicji schowane były w zamkniętym kufrze Stalky’ego. Kufer ten stał w sypialni trzech przyjaciół o trzech łóżkach, na samym końcu poddasza; ta mała sypialnia przylegała do większej, o dziesięciu łóżkach, która rozpoczynała znów wielką amfiladę sypialń, biegnącą z jednego końca liceum na drugi. Po klasie Prouta szła klasa Macréi, potem Kinga, na samym końcu Hartoppa. Starannie zamknięte na klucz i zaryglowane drzwi oddzielały poszczególne klasy, ale każda klasa była, co się tyczy swego rozkładu wewnętrznego — liceum składało się początkowo z dwunastu klas — dokładną kopią drugiego, zaś wszystkie znajdowały się pod jednym dachem.
Wszedłszy do sypialni chłopcy spostrzegli, że łóżko Stalky’ego, stojące po lewej stronie okienka, odsunięto, a z szerokiego na dwie stopy wycięcia w ścianie wystawał zad Richardsa.
— A to co? Nie zauważyłem jeszcze tej dziury. Co tam robisz, grubasie? — zawołał Stalky.