— Powtarzam ci, wsunąłem ją na całą długość mego ramienia i parasola Beetle’a. To by było mniej więcej około sześciu stóp. Leży w samym środku tej wielkiej sypialni Kinga o dziesięciu łóżkach. Pierwszorzędna pozycja centralna — powiedziałbym. Jak się dobrze rozgrzeje, wykurzy tych chłopców, i Macréi, i Hartoppa. Wasz wuj Stalky jest Wielki Człowiek, jak Boga mego. Beetle, czy ty możesz sobie wyobrazić, jaki on jest Wielki Człowiek?

— Jakże? Przecież to ja pierwszy miałem ten pomysł, a tylko...

— Tylko, że bez wuja Stalky’ego nie potrafiłbyś go wykonać, nieprawdaż?

— Przez cały tydzień przezywali nas śmierdzielami! — mówił M’Turk. — Będą się teraz mieli z pyszna.

— Śmierdziel! Fuj! Śmierdziel! — doleciało z korytarza.

— A ona — już tam leży! — rzekł Stalky, opierając się na ramionach obu kolegów. — Leży — gotowa ich zaskoczyć. Naprzód zacznie do nich szeptać, jak gdyby im się tylko coś śniło, a potem zacznie cuchnąć! Rany Boga, co to będzie za smród! Zróbcie mi tę przyjemność i pomyślcie o tym przez dwie minuty!

Wrócili do pracowni, mało co mówiąc. A potem zaczęli się śmiać — jak tylko chłopcy śmiać się potrafią. Śmiali się, pokładając czoła na stołach, ześliznąwszy się ze stołków, przypadli twarzami do podłogi, śmiali się bez przerwy, wijąc się na krzesłach lub chwytając się półek z książkami; śmiali się do utraty tchu.

Na tę scenę nadszedł Orrin mający się z nimi rozmówić w imieniu całego domu.

— Nie zwracaj na nas uwagi, Orrin, siadaj. Nie wiesz nawet, jaką cześć i jaki podziw mamy dla twej osoby. Jest coś nieskończenie pociągającego w tym wysokim, czystym czole młodzieńczym, pełnym niewinnych, pacholęcych marzeń... Jak Boga kocham!

— Uczniowie mieszkający w naszej klasie polecili mi oddać wam to — rzekł Orrin.