— A teraz my sprawimy wam lanie według zwyczaju sypialni. Urągacie nam zawsze, jak gdybyście byli prefektami! — wykrzyknął czyjś głos.

— Nie, kochaneczku, żadnego lania nam nie dacie — odpowiedział Stalky — a nie dacie dlatego, bo wiecie sami, że prędzej czy później dostałoby się wam jeszcze gorzej. My mamy czas. My możemy ze swą zemstą poczekać. A wy zrobiliście z siebie błaznów i przekonacie się o tym jutro, jak tylko King dowie się o waszej rezolucji. Jeśli was najdalej do jutra wieczór szlag z tego powodu nie zacznie trafiać, gotów jestem — gotów jestem zjeść własny kapelusz.

Ale zanim jeszcze na drugi dzień dzwonek zawołał na obiad, już uczniowie Prouta gorzko żałowali swego błędu. King witał poszczególnych członków tej klasy z udanymi objawami przerażenia. Czy zamierzali go może wypędzić z liceum za pomocą swej jednogłośności uchwalonej rezolucji? Jakiekolwiek byłyby ich poglądy na administrację szkoły, on, oczywiście, natychmiast się do nich zastosuje. Za nic w świecie nie zamierza ich obrazić, jednakże — obawia się... obawia się, że jego uczniowie, którzy nie uchwalają rezolucji (ale się myją), mogliby w tym wszystkim znaleźć powód do śmiechu.

King promieniał ze szczęścia, a jego uczniowie, rozkwitający w blaskach jego uśmiechu, zmienili to popołudnie w jedną długą torturę dla nieszczęsnych uczniów Prouta. Sam Prout, posępny i zaniepokojony, silił się na skrupulatne rozważenie wszystkich pro i contra, a zakłopotanie jego tylko przez to wzrastało. Dlaczego chłopców z jego domu miano przezywać „śmierdzielami”? Prawda, była to drobnostka, ale Prout przywykł był wierzyć, iż lecące w powietrzu plewy wskazują na to, skąd wiatr wieje i że nie ma dymu bez ognia. Czując, że dzieje mu się krzywda, podszedł w sali nauczycielskiej do Kinga, chcąc się z nim rozmówić. King jednak był tym razem pełen wzniośle ironicznego sarkazmu i poprzestał na spowiciu Prouta w świetne sploty swej dialektyki.

— No i cóż? — pytał Stalky wieczorem, chodząc po sypialniach przed przybyciem prefektów. — Cóż teraz powiecie, Foster, Carton, Finch, Longbridge, Marlin, Brett? Fajno was King ubrał, już wiem — porobił z was skończonych wariatów — a wy nie mogliście zrobić nic innego, jak tylko kiwać się nad ławką i gęgać: „Tak jest, prosz pampsora” i: „Nie, prosz pampsora”, i: „Nie, bo prosz pamspora” — z całą swoją rezolucją! Idioci!

— Stalky, czy ty stulisz raz pysk?

— Ani mi się śni! Wszyscy do kupy razem jesteście kretynia banda rezolucjonistów. Wysmażyliście byczy pasztet. Może być, nauczy was to nie zaczynać z nami na drugi raz!

Kilku się pogniewało, większość zaś głosów oświadczyła, że nigdy do tego by nie doszło, gdyby Nr 5 od samego początku pomagał w walce.

— Ale wam się zdaje, że wam nikt rady nie da! — drwił Orrin, zwolennik rezolucji. — Jakeście się zaczęli sadzić, jak tylko przyszliście na zgromadzenie! Myślałby kto, że my jesteśmy bandą idiotów!

— I żebyś sobie wiedział, że tak jest! — odrzekł Stalky. — Bóg wie odkąd już staram się wam to wbić w te wasze zakute pały, a wy wciąż jeszcze nie rozumiecie. Ale to nic, nie mamy wam tego za złe. Odwagi! To przecie nie wasza wina, że jesteście matołki!