— Wszystko jak za dawnych czasów, co?
Stalky wybrał szafkę i wrzucił do niej książki.
— Przyszliśmy pobawić się trochę z wami, moi młodzi przyjaciele, ponieważ ukochany gospodarz domu wykurzył nas z naszej nory.
— Co się wam słusznie należało, odbijacze! — zawołał Orrin.
— O, tak to nie pójdzie! W żaden sposób nie moglibyśmy zachować swej powagi, kochany Orrinie, gdybyśmy puszczali płazem takie uwagi.
Trójka z miłością opasała chłopca ramionami, przyciągnęła do otwartego okna i spuściła mu dolną jego część na sam kark. Z niemniejszą szybkością związali mu na plecach sznurkiem wielkie palce obu rąk, a ponieważ kopał jak opętany, zdjęli mu trzewiki.
Tak w kilka chwil później znalazł go Mr. Prout, niemal zgilotynowanego i bezsilnego, a otoczonego wijącym się ze śmiechu tłumem, z którego jednak nikt nie myślał mu pomóc.
W oczekiwaniu zemsty Stalky zebrał wszystkich swych przyjaciół w drugiej sali wspólnej na górze. Orrin wpadł tam natychmiast na czele kolumny szturmowej; sala napełniła się obłokami kurzu, wśród których przeciwnicy walczyli, skakali, wyli i piszczeli. W zamieszaniu wojennym zniknął jeden pulpit, skłębiona grupa wojowników połamała na drzazgi drzwi, jedno okno wybito, strącono jeden klosz z lampy gazowej. Korzystając z zamieszania, trójka wymknęła się na korytarz, gdzie ich okrzyki ściągnęły nowych kombatantów, którzy natychmiast rzucali się w bój.
— Na pomoc, King! King! King! Sala numer dwunasty! Na pomoc Prout — Prout! Na pomoc Macréa! Na pomoc, Hartopp!
Mikrusy, niby rojące się pszczoły, wypadały, nie pytając o żadne wyjaśnienia, biegły jak szalone po schodach i rzucały się w tłum walczących.