— Mój tata trzasnął mnie, moja mama grzmotnęła mnie, wszystkie moje ciocie i wujaszkowie sprali mnie za moją nienasyconą ciekawość, a jednak chciałbym wiedzieć, co krokodyl jada na obiad?

Na to ptak Kolokolo wrzasnął posępnie:

— Idź nad brzeg szarozielonej, mulistej rzeki Limpopo72, toczącej swe wody wśród drzew ziejących zgniłą gorączką, i zobacz sam.

Zaraz następnego poranka, gdy zrównania dnia z nocą nie było już ani śladu, ten malutki, nienasycony słoń wziął sto funtów73 bananów (z gatunku czerwonych i krótkich) i sto funtów trzciny cukrowej (z gatunku długiej, purpurowej), i siedemnaście melonów (z gatunku zielonych, chrzęszczących) i rzekł wszystkim swoim miłym krewnym:

— Bądźcie zdrowi! Idę nad wielką, szarozieloną, mulistą rzekę Limpopo, toczącą swe wody wśród drzew ziejących zgniłą gorączką, aby zobaczyć, co krokodyl jada na obiad.

A oni wszyscy jeszcze raz sprali go na pożegnanie, aczkolwiek74 prosił bardzo grzecznie, aby zaprzestali żartów.

Po czym odszedł, nieco zgrzany, acz75 wcale nie zdziwiony, i jadł melony, a łupiny odrzucał, bo nie mógł ich podnieść.

Z Grahamstown76 poszedł do Kimberley77, a z Kimberley do kraju Khamy78, a z kraju Khamy szedł na wschód i na północ, jedząc wciąż melony, aż w końcu przyszedł nad brzeg wielkiej, szarozielonej, mulistej rzeki Limpopo, toczącej się wśród drzew ziejących zgniłą gorączką; jota w jotę tak, jak mu powiedział ptak Kolokolo.

A trzeba ci wiedzieć i uprzytomnić sobie — moje kochanie — że aż do tego tygodnia i dnia, i godziny, i minuty ten malutki, nienasycony słoń nie widział jeszcze nigdy krokodyla i nie wiedział, jak on wygląda.

Był zaś okrutnie ciekawy.