Pierwszym przedmiotem, jaki spotkał, był pstrokaty wąż skalny, pyton, owinięty dokoła skały.
— Przepraszam cię — odezwał się bardzo grzecznie malutki słoń — czyś nie widział w tych zatraconych stronach czegoś podobnego do krokodyla?
— Czy nie widziałem krokodyla? — odparł strasznie wzgardliwym głosem wąż skalny, pyton. — A o co jeszcze mnie spytasz?
— Przepraszam cię — rzekł na to malutki słoń — czy nie mógłbyś mi łaskawie powiedzieć, co krokodyl jada na obiad?
Wtedy wąż skalny, pyton, odwinął się szybko ze skały i lunął malutkiego słonia swym łuszczastym79, cepowatym80 ogonem.
— To dziwne! — odezwał się malutki słoń. — Mój tata i moja mama, i mój wujaszek, i moja ciocia, i moja druga ciocia, hipopotamica, i mój drugi wujaszek, pawian, wszyscy prali mnie za moją nienasyconą ciekawość — ty zaś, jak się zdaje, czynisz to samo.
Potem pstrokatemu wężowi skalnemu, pytonowi, rzekł grzecznie:
— Bądź zdrów!
Pomógł mu owinąć się znów dokoła skały i poszedł dalej, nieco zgrzany, acz wcale nie zdziwiony, jedząc melony, a łupiny odrzucając, bo nie mógł ich podnieść.
I tak przyszedł aż nad sam brzeg wielkiej, szarozielonej, mulistej rzeki Limpopo, toczącej swe wody wśród drzew ziejących zgniłą gorączką, i nastąpił na jakiś przedmiot podobny do kłody drzewa.