Po czym ten niegodziwy, malutki słoń zaczął przez dłuższy czas prać swych miłych krewnych, aż wszyscy byli ogromnie zgrzani i okrutnie zdziwieni. Swemu smukłemu wujaszkowi strusiowi powyrywał pióra z ogona; swą dużą ciocię żyrafę uchwycił za tylne nogi i powlókł ją przez krzaki cierniowe; swą grubą ciocię hipopotamicę wyśmiał, kiedy zaś odbywała w wodzie drzemkę poobiednią, puszczał jej nad uszami bańki nosem; ale ptaka Kolokolo nikt nie ważył się tknąć.

W końcu stosunki stały się tak dalece niemożliwe, iż wszyscy mili krewni, jeden za drugim, pobiegli na brzeg wielkiej, szarozielonej, mulistej rzeki Limpopo, toczącej się wśród drzew ziejących zgniłą gorączką, aby także dla siebie zażądać od krokodyla nowych nosów.

Kiedy zaś powrócili, nikt już nie sprawiał lania drugiemu; i od tego czasu — o moje kochanie — wszystkie słonie, które kiedykolwiek zobaczysz, i wszystkie, których nigdy nie zobaczysz, mają trąby zupełnie takie same jak malutki słoń, słynny ze swej nienasyconej ciekawości.

Śpiewka o staruszku kangurze

Nie zawsze kangur wyglądał tak, jak go widzimy dzisiaj; był zupełnie innym zwierzęciem o czterech krótkich nogach. Był szary i był wełnisty, a pycha jego była niezmierzona. Tańczył na rżysku89 pośrodku Australii, a potem poszedł do małego bożka Nqua.

Poszedł do Nqua o szóstej przed śniadaniem i rzekł:

— Uczyń mnie odmiennym od wszystkich innych zwierząt dzisiaj do godziny piątej po południu.

Nqua zerwał się ze swego miejsca na wydmie piaszczystej i wrzasnął:

— Pójdź precz!

Kangur był szary i był wełnisty, a pycha jego była niezmierzona. I tańczył na wiszarze90 skalnym pośrodku Australii. I poszedł potem do średniego bożka Nquinga.