— Przewybornie — rzekła Taffy. — Ale nie trzeba tych wszystkich zębów, wystarczą dwa.

— Wystarczy nawet jeden — odparł Tegumai. — Jeżeli ta nasza zabawa stanie się tym, czym chciałbym, żeby była, to im łatwiejszymi uczynimy obrazki dźwiękowe, tym lepiej będzie dla wszystkich. — I narysował w ten sposób (18).

— No, daliśmy sobie z tym radę — rzekł Tegumai, stając na jednej nodze. — Narysuję teraz te wszystkie znaki obok siebie, nanizane153 jak ryby.

— Czy nie byłoby jednak lepiej umieścić kawalątko154 patyka lub czegoś podobnego między słowami, żeby nie ocierały się i nie potrącały wzajemnie, jakby były karpiami? — zapytała Taffy.

— Och, pozostawię na to miejsce! — odparł jej tatuś i z wielkim zapałem narysował je wszystkie jednym ciągiem na nowym, dużym kawałku kory brzozowej (19).

Shu-ya-las ya-maru — odezwała się Taffy, bąkając155 zgłoskę po zgłosce.

— Dość będzie na dzisiaj — przemówił Tegumai. — Przy tym ty już zaczynasz być zmęczona. Nic to nie szkodzi, kochanie, jutro wykończymy resztę, a potem będziemy wspominani przez długie lata, kiedy najgrubsze nawet drzewa, na które patrzysz, wszystkie już pójdą na opał.

Potem poszli do domu i przez cały wieczór Tegumai siedział po jednej stronie ogniska, a Taffy po drugiej, rysując na kopciu, co pokrywał ściany jaskini, różne „ya” i „yo”, „shu” i „shi”, i chichocąc przy tym z taką radością, że mamusia rzekła: