W czasie, gdy istnieli janseniści39, poznawało się ich po długości pelerynki u płaszcza. Otóż, arcybiskup Lionu sfabrykował kilkoro dzieci, ale, za każdym tego rodzaju wybrykiem, pilnie przedłużał o cal pelerynkę. W końcu wydłużyła się tak, że arcybiskup uchodził jakiś czas za jansenistę i był podejrzany u Dworu.

Duclos powiadał do kogoś, znudzonego kazaniem w Wersalu: „Po coś słuchał do końca? — Bałem się zakłócić spokój i zgorszyć słuchaczy. — Dalibóg, odparł Duclos, niżbym miał wysłuchać tego kazania, raczej nawróciłbym się zaraz z początku”.

Wielki wódz, Turenne, widząc, że dziecko przechodzi za koniem narażając się na kopnięcie, przywołał je i rzekł: „Moje dziecię, nie przechodź nigdy za koniem, nie zostawiwszy między sobą a nim przestrzeni wystarczającej na to, aby cię nie mógł kopnąć. Ręczę ci, że nie nadłożysz przez to ani pół mili w ciągu całego życia; i zapamiętaj, że to pan de Turenne ci to powiedział”.

Pan de B... i pan de C... są serdecznymi przyjaciółmi, tak że cytują ich jako przykład. Jednego dnia, pan de B... rzekł do pana de C...: „Nie zdarzyło ci się spotkać wśród kobiet, które miałeś, jakiejś wariatki, która by cię pytała, czy nie wyrzekłbyś się mnie dla niej i czy bardziej kochasz mnie niż ją? — Owszem, odparł tamten. — Któż to taki? — Pani de M...” Była to kochanka jego przyjaciela.

Collé umieścił znaczną sumę w dożywotniej rencie, na dziesięć od sta40; w ciągu dwóch lat bankier nie dał mu jeszcze ani grosza. „Proszę pana, rzekł Collé, kiedy umieszczam pieniądze na dożycie, chciałbym je widzieć za życia”.

Marszałek de Duras, niezadowolony z syna, rzekł: „Niegodziwcze, jeśli będziesz tak dalej postępował, wezmę cię na kolację do króla”. A to dlatego, że młody człowiek wieczerzał dwa razy w Marly, gdzie znudził się śmiertelnie.

Pan de L..., mizantrop w stylu Tymona, prowadził dość melancholijną rozmowę z panem de B..., mizantropem mniej posępnym, niekiedy nawet bardzo wesołym. Pan de L... wyrażał się o panu de B... z wielką sympatią i mówił, że rad by się z nim zbliżyć. Na to ktoś rzekł: „Niech pan uważa: mimo swojej ponurej miny, on bywa czasem bardzo wesoły, niech mu pan nie ufa”.

Diderot znał z bliska pewnego ladaco, który wskutek jakiegoś świeżego wybryku postradał życzliwość wuja, bogatego kanonika, tak, iż ów chciał go wydziedziczyć. Diderot udaje się do tego wuja, przybiera minę poważną i filozoficzną, przemawia w obronie siostrzeńca i próbuje wzruszyć wujowskie serce patetycznym tonem. Na to wuj opowiada mu parę niegodziwości swego krewniaka. „Gorzej jeszcze zrobił, odrzecze Diderot. — Co takiego? pyta wuj. — Chciał pana zamordować w zakrystii, kiedyś wychodził ze mszą; jedynie nadejście paru osób udaremniło ten zamiar. — To nieprawda, wykrzyknął wuj, to potwarz. — Przypuśćmy, odparł Diderot; ale gdyby nawet była prawda, trzeba by przebaczyć jego szczeremu żalowi, jego złej doli i nieszczęściom, jakie go czekają, jeśli go pan opuści”.

Wśród ludzi obdarzonych żywą wyobraźnią i subtelną wrażliwością, która rodzi w nich sympatię do kobiet, wielu mówiło mi, jak mało kobiety mają poczucia sztuki, a zwłaszcza poezji. Poeta znany ze swoich wdzięcznych utworów malował mi raz swoje zdumienie, jakiego doznał, widząc, że kobieta pełna dowcipu, wdzięku, uczucia, smaku w ubiorze, muzykalna, grająca na paru instrumentach, nie ma pojęcia o mierze wiersza, o kojarzeniu rymów, tak, iż zdolna jest zastąpić słowo szczęśliwe i genialne innym, pospolitym, a nawet niweczącym harmonię. Dodał, iż nieraz odczuł to, co nazywał małym nieszczęściem, ale co w istocie jest wielkim nieszczęściem dla poety erotycznego, który całe życie starał się o uznanie kobiet.

Pytałem pana N..., czemu żadna przyjemność nie ma nad nim władzy; odparł: „To nie znaczy, abym nie był wrażliwy na nie; ale nie ma ani jednej, która by mi się nie zdawała przepłacona. Sława naraża na potwarz; szacunek ludzki wymaga nieustannych starań; przyjemności — ruchu i zmęczenia. Życie towarzyskie pociąga tysiąc utrapień; wszystko widzą, znają, sądzą. Świat nie przedstawia dla mnie nic takiego, abym, wchodząc w samego siebie, nie znalazł tego samego w lepszym gatunku. Z tych po sto razy ponawianych doświadczeń wynikło, że, nie będąc z natury apatyczny ani obojętny, popadłem w jakiś bezwład: doraźne moje położenie zawsze mi się wydaje najlepsze, ponieważ zaleta jego mieści się w tym bezruchu i rośnie wraz z nim. Miłość jest źródłem udręki; rozkosz bez miłości parominutową przyjemnością; małżeństwo, gorsze niż wszystko inne; zaszczyt ojcostwa wiedzie za sobą szereg niedoli; dom otwarty, to zajęcie godne oberżysty. Nędzne pobudki, które sprawiają, że świat poszukuje człowieka lub szanuje go, są zbyt przejrzyste, mogą zmamić chyba głupca, albo pochlebić człowiekowi śmiesznie próżnemu. Stąd wyciągnąłem wniosek, że spokój, przyjaźń i myśl to jedyne dobra, które przystały człowiekowi, skoro przekroczył wiek szaleństwa”.