Chodziło o to, aby wyleczyć Ludwika XV, młodego jeszcze, z nałogu darcia koronek u rękawów swoim dworakom. Podjął się tego pan de Maurepas. Zjawił się przed królem w najcudowniejszych koronkach w świecie. Król zbliża się i drze mu jedną. Pan de Maurepas drze najspokojniej drugą, mówiąc tylko: „Nie zrobiło mi to żadnej przyjemności”. Król, zdziwiony, zaczerwienił się, i od tego czasu nie darł już koronek.
N..., chcąc wyrazić jednym słowem rzadkość uczciwych ludzi, mówił mi, że „w społeczeństwie uczciwy człowiek stanowi odmianę gatunku ludzkiego”.
Ludwik XV uważał, że trzeba odmienić ducha narodu i radził nad sposobami sprawienia tego cudu z panem Bertin (tzw. małym ministrem), który zażądał poważnie nieco czasu, aby nad tym podumać. W wyniku tego dumania, to znaczy swoich refleksji, orzekł, iż byłoby pożądane, aby naród przejął się duchem panującym w Chinach. Tej to pięknej idei zawdzięcza publiczność kolekcję zatytułowaną Historia Chin albo Roczniki Chińczyków.
Książę de Lauzun mówił: „Często spieram się z panem de Calonne; ale, ponieważ żaden z nas nie ma charakteru, każdy na wyprzódki stara się ustąpić; który znajdzie bardziej elegancki sposób wycofania się, ustępuje pierwszy.”
Pan de Brissac, oszalały na punkcie szlachectwa, określał często Boga wyrażeniem: „Szlachcic w niebiesiech35”.
N... powiadał, że „zobowiązać, oddać usługę, nie wkładając w to całej możliwej delikatności, to niemal stracony trud. Kto tego zaniedba, nie zyska nigdy serca, a o zdobycie serca właśnie idzie. Tacy niezręczni dobroczyńcy podobni są do generała, który zdobywa miasto, pozwalając garnizonowi wycofać się do fortecy i tym samym czyni swą zdobycz niemal daremną”.
W pewnym domu, gdzie pani d’Egmont była na wieczerzy, oznajmiono człowieka nazwiskiem du Guesclin36. Nazwisko działa jej na wyobraźnię; każe posadzić tego człowieka przy sobie, rozwija dlań całą uprzejmość, wreszcie podaje mu półmisek, który stał przed nią. Były to trufle. „Pani, odparł głupiec, nie trzeba ich przy pani”. — „Słysząc to (rzekła, opowiadając tę historię), pożałowałam swoich uprzejmości. Zrobiłam jak ów delfin, który podczas rozbicia statku myślał, że ratuje człowieka, a wrzucił go w morze, skoro spostrzegł, że to małpa”.
Pan Dubreuil, w czasie choroby, z której umarł, mówił do swego przyjaciela, pana Pehmeja: „Mój przyjacielu, po co tyle ludzi w moim pokoju. Powinieneś być tylko ty, moja choroba jest zaraźliwa”.
Pytano pana Pehmeja, ile ma majątku? „Tysiąc pięćset funtów renty. — To bardzo mało. — Och, odparł Pehmaja, Dubreuil jest bogaty”.
Kiedy panu de Choiseul mówiono o jego gwieździe, w istocie bezprzykładnie szczęśliwej, odparł: „Jest równie szczęśliwa, jak nieszczęśliwa. — Jak to? — Ot, jak. Zawsze bardzo dobrze odnosiłem się do dziwek; jedną zlekceważyłem: zostaje królową37 Francji, lub bez mała. Doskonale traktowałem wszystkich inspektorów; obsypywałem ich złotem i zaszczytami; znalazł się jeden, powszechnie wzgardzony, którego potraktowałem lekko: zostaje ministrem wojny, to pan de Monteynard. Co się tyczy ambasadorów, wiadomo, co robię dla nich bez wyjątku. Ale znalazł się jeden, ciężki i tępy, którym wszyscy inni gardzą, z którym nie chcą utrzymywać stosunków dla38 jego skandalicznego małżeństwa. To pan de Vergennes: zostaje ministrem spraw zagranicznych! Przyznajcie, że mam rację mówić, iż moja gwiazda jest równie niezwykła w złym, jak w dobrym”.