Pytałem pana N..., czemu odrzuca korzystne małżeństwo. Odpowiedział: „Nie chcę się żenić z obawy, abym nie miał syna podobnego do siebie”. Byłem zdziwiony, bo to jest bardzo zacny człowiek; po czym dodał: „Tak, z obawy, abym nie miał syna, który, będąc ubogi jak ja, nie umiałby ani kłamać, ani pochlebiać, ani pełzać, i aby nie przechodził tego samego co ja”.

Pewna dama mówiła z przesadą o swojej cnocie i nie chciała rzekomo słyszeć już o miłości. Ktoś dowcipny rzekł: „Na co ta poza? Czyż nie można znaleźć kochanka, nie gadając tego wszystkiego?”

W epoce zgromadzenia Notablów ktoś chciał pobudzić do mówienia papugę pani de... „Niech się pan nie wysila, odrzekła, nie otwiera nigdy dzioba. — Jak to, ma pani papugę, która nie mówi? Niech ją pani nauczy przynajmniej mówić: Niech żyje król. — Niech Bóg broni, odparła; papuga umiejąca mówić niech żyje król! Już bym jej nie miała; zrobiono by z niej notabla”.

Nieszczęśliwy odźwierny, gdy mu dzieci jego pana odmówiły wypłaty legatu69 tysiąca franków, którego mógł się domagać sądownie, mówił do mnie: „Jak pan chce, abym się procesował z dziećmi człowieka, któremu służyłem dwadzieścia pięć lat, a im samym służę od piętnastu?” Nawet ich niesprawiedliwość była mu pobudką do wspaniałomyślności.

Pytano pana N..., czemu natura uczyniła miłość niezależną od rozumu. „Dlatego, rzekł, że natura myśli jedynie o gatunku i dla utrwalenia go nie potrzebuje naszych głupstw. Jeśli, będąc pijany, zbliżę się do służącej w karczmie albo do ladacznicy, cel natury może być równie dobrze spełniony, co gdybym zdobył Klaryssę po dwóch latach starań; podczas gdy rozum ochroniłby mnie od pomywaczki, od ladacznicy, a nawet może od Klaryssy. Gdyby się radzić tylko rozumu, któryż człowiek chciałby być ojcem i gotować sobie tyle zgryzot na tak długo? Któraż kobieta dla parominutowego spazmu chciałaby się narazić na rok choroby? Odbierając nam rozum, natura lepiej utrwala swoje panowanie i oto czemu zrównała pod tym względem Zenobię i pomywaczkę, Marka Aureliusza i jego parobka”.

N... jest to człowiek zmienny, z duszą otwartą dla wszystkich wrażeń, zależnym od tego, co widzi, co słyszy, mającym łzę gotową dla pięknego czynu, który mu ktoś opowiada, i uśmiech dla śmieszności, którą głupiec stara się ten czyn obrzucić.

N... twierdzi, że najwykwintniejszy świat zupełnie zgodny jest z opisem domu publicznego, tak jak go odmalowała młoda osoba, która w nim mieszkała. Spotyka ją w Vaux-Hall, zbliża się do niej, pyta, gdzie mógłby ją zobaczyć samą. „Proszę pana, rzekła, mieszkam u pani V...; jest to miejsce bardzo przyzwoite, gdzie bywają tylko ludzie wytworni, eleganccy, przeważnie w karetach; jest brama wjazdowa, piękny salon z lustrami i żyrandolami. Czasami dają tam kolację, na porcelanie. — Bagatela! Ależ ja żyłem w wielkim świecie i nie widziałem nic lepszego. — Ani ja, odparła; a przecież znam prawie wszystkie takie domy”. N... przechodził wszystkie punkty i wykazywał, że nie ma ani jednego, który by się nie mógł odnosić do wielkiego świata.

N... bawi się serdecznie śmiesznościami, które podchwyci w świecie. Jest wręcz zachwycony, kiedy ujrzy jakąś głupią niesprawiedliwość; opacznie rozdawane stanowiska; pocieszne niekonsekwencje władzy; wszelkiego rodzaju skandale, które zdarzają się aż nazbyt często. Zrazu myślałem, że on jest zły; ale stykając się z nim bliżej, zrozumiałem, skąd płynie to dziwactwo. Jest to zacne uczucie, cnotliwe oburzenie, które długo czyniło go nieszczęśliwym, a które zastąpił ciągłym żartem, rzekomo wesołym, ale gorzkim przez swój sarkazm i zdradzającym źródło, z którego płynie.

Przyjaźnie pana de... są nie czym innym, jak tylko zgodnością jego interesów z interesami jego rzekomych przyjaciół. Jego miłostki to produkt dobrego trawienia. Wszystko, co jest powyżej tego, albo poza tym, nie istnieje dla niego. Szlachetny i bezinteresowny odruch przyjaźni, delikatne uczucie, wydają mu się szaleństwem godnym domu wariatów.

Pan de Ségur wydał rozkaz, który zalecał przyjmować do korpusu artylerii wyłącznie szlachtę; z drugiej strony, zawód ten wymagał ludzi wykształconych; stąd zdarzyła się zabawna rzecz: mianowicie ksiądz Bossut, egzaminując uczniów, dawał świadectwa jedynie plebejuszom, a Cherin tylko szlachcie. Na setkę uczniów było zaledwie kilku, którzy czynili zadość obu warunkom.