I on musiał czekać, ale miał pod dostatkiem czasu.
Konie grzebały zrazu kopytami w śniegu, lecz znużone staniem i słońcem, zazierającym im w oczy, zetknęły się głowami i zasnęły. Stangret siedział na koźle wyprostowany, sztywny, z biczem i lejcami w rękach i spał, głośno chrapiąc.
Ale dziedzic nie spał. Nigdy mu się mniej niż dziś spać nie chciało i czuł się wyśmienicie, czekając wesoło. Marianna była chora, przyjść prędzej nie mogła, ale nadejdzie zaraz. Oczywiście, przyjdzie i wszystko będzie znowu dobrze.
Przekonała się, że ojciec nie czuje gniewu, bo wszakże przybył osobiście, i to karetowymi saniami, parą koni.
U wylotu ula mała sikorka urządziła szatańską wprost zasadzkę. Chcąc zdobyć coś na obiad usiadła i pukała dziobem po deszczułce. Wewnątrz ula wisiały pszczoły wielkim, czarnym gronem u stropu, ale panował tu porządek wzorowy. Szafarze wydzielali porcje, a podczaszowie krążyli z nektarami i ambrozją od ust do ust. Pszczoły tkwiące w środku wyłaziły raz po raz na wierzch ustępując następnym ciepłego zakątka.
Nagle usłyszały pukanie i ogarnęła je ciekawość. Czy to wróg, czy przyjaciel? A może zagraża państwu jakieś niebezpieczeństwo? Królowa uczuła wyrzuty sumienia i nie chciała czekać. A może to pukają duchy pomordowanych trutni? „Idź i zobacz!”, rozkazała odźwiernej. Ta wydawszy okrzyk: „Niech żyje królowa!” wyleciała i... pac... schwyciła ją sikorka w dziób. Wyciągnęła szyję, smakowała, rozkoszowała się strawą, a potem jęła pukać na nowo. Widząc, że wysłanka nie wraca z wieścią, wysyłała królowa jedną furtiankę po drugiej, ale ginęły wszystkie. Nie wiadomo, kto puka! Hu! Bardzo nieprzyjemnie zrobiło się w ulu. Pewnie duchy pomsty grasują wokoło. Ach, gdybyż nie słyszeć, móc poskromić ciekawość i czekać cierpliwie!
Potężny dziedzic śmiał się do łez z głupich pszczół i chytrego ptaszka na desce siedzącego.
Nie sztuka czekać będąc pewnym swego i mogąc się rozerwać różnymi rzeczami.
Nadchodzi wielki brytan. Stąpa niedbale, oczy w ziemię spuszczone, ogonem kręci lekko, jakby się gdzieś udawał w najobojętniejszej sprawie. Nagle jednak zaczyna gorliwie rozgrzebywać śnieg. Stary szelma, najwidoczniej ukrył tu jakieś bezprawnie zdobyte dobro.
Ale właśnie gdy podnosi łeb, by rozejrzeć się, czy może je spożyć w spokoju, słupieje ze zdumienia, widząc przed sobą dwie sroki.