— Złodziejska melina! — mówią sroki, a wyglądają jak samo sumienie. — Jesteśmy służbowo, z policji. Dawaj tu, coś ukradł!
— Cicho mi być, cwaniaczki! Ja tu jestem rządcą!
— Właśnie! Akurat! — drwią.
Pies rzuca się na nie, sroki odfruwają, ociężale bijąc skrzydłami. Pies goni, podskakuje, szczeka, ale gdy jedną ściga, druga przez ten czas wraca. Sfruwa na jamę, szarpie ochłap mięsa, nie może go jednak udźwignąć. Pies wyrywa jej mięso i wgryza się w nie, przytrzymując je łapami. Sroki sadowią się tuż przed nim i dogadują paskudnie. Pies je łypiąc ponuro, a gdy już zbyt dokuczają, zrywa się i przepędza sroki.
Słońce zaczęło staczać się ku zachodowi. Melchior Sinclaire spojrzał na zegarek. Była trzecia, a matka czekała z obiadem od dwunastej.
W tej właśnie chwili nadszedł służący i powiedział, że panna Marianna prosi jaśnie pana. Melchior Sinclaire wziął wilczurę na ramię i wszedł rozpromieniony na schody.
Marianna słysząc ciężkie kroki ojca nie wiedziała jeszcze, czy pojedzie z nim. Chciała jeno położyć kres czekaniu.
Sądziła, że kawalerowie wrócą, ale nie wracali, musiała teraz sama zadecydować, gdyż znieść nie mogła dłużej zwłoki.
Pewna była, że ojciec odjedzie po dziesięciu minutach rozwścieczony, albo wyważy drzwi i podpali dom.
On jednak czekał uśmiechnięty. Nie czuła doń nienawiści ni miłości, tylko głos wewnętrzny ostrzegał ją przed popadnięciem w jego moc na nowo. Chciała też dotrzymać słowa Göście.