— Musicie panie poświęcić mi parę chwil! — powiedział ze śmiechem. — Nie potrwa to dłużej jak dziesięć minut, ale rad bym przeczytać paniom swe wiersze!
Opowiedział, że minionej nocy miał sen tak żywy jak nigdy dotąd. Marzyło mu się, iż pisze wiersze. Zwano go dotąd poetą, ale przezwisko to nosił niezasłużenie, bo nie miał na sumieniu ni jednego wiersza. Zeszłej atoli nocy wstał, i na poły jeno przytomny, siadł pisać. Rano znalazł na biurku spory poemat, czego się zgoła nie spodziewał po sobie.
Rzekłszy to zaczął czytać:
Księżyc już zeszedł... o urocza chwilo!
Zaczarowany blask srebrnej poświaty
Lśni na werandzie, wkoło lilii kwiaty
Lekko na wietrze kielichy swe chylą.
Na białych stopniach, cisi, zamyśleni,
Siedzimy — milcząc... i młodzi, i starzy...
Każdemu w duszy pieśń srebrna się marzy,