Zamówiła u pani Moreus kilka kołder, pochwaliła dziewczęta, rozejrzała się po ogródku i jęła opowiadać o przygodach podróży, gdyż zawsze miewała przygody. Wreszcie odważyła się wejść po straszliwie wąskich schodach i złożyła pannie Marii wizytę na poddaszu.
Objęła czarnymi oczami samotną, małą istotę i zaczęła do niej mówić melodyjnym, przymilnym głosem. Kupiła firanki. Nie mogłaby żyć w pałacu borgijskim bez siatkowych firanek panny Marii we wszystkich oknach i bez serwet na wszystkich stołach — powiedziała.
Potem wzięła gitarę i śpiewała o miłości i weselu. Naopowiadała Marii przeróżnych historyjek, tak że stara panna czuła się wciągnięta w wesoły wir świata. Hrabina śmiała się tak wdzięcznie, że zaczęły śpiewać przemarzłe jeszcze ptaki w ogródku. Twarz hrabiny Märty, mimo zniszczonej szminką cery i rysu wyuzdanej zmysłowości w kątach ust, wydała się pannie Marii tak piękna, że dziwiło ją, iż odbicie jej w małym lusterku ściennym znika, gdy się odeń odwróci, a nie zostaje na szklistej powierzchni na zawsze. Odchodząc ucałowała hrabina starą pannę i zaprosiła ją do Borgu.
Serce panny Marii puste było niby jaskółcze gniazdo w Boże Narodzenie. Wolną będąc tęskniła za kajdanami, jak każdy stary, obdarzony swobodą niewolnik.
Zaczął się teraz dla panny Marii okres radości i cierpienia jednocześnie, ale trwał jeno tydzień. Hrabina zabierała ją bardzo często do Borgu, odgrywała przed nią sceny teatralne i naopowiadała tyle o swoich kochankach, że stara panna śmiała się jak nigdy w życiu. Zaprzyjaźniły się i niebawem hrabina poznała historię młodego organmistrza i scenę pożegnania. Doprowadziła do tego, że panna Maria przygrywała o zmierzchu w błękitnym gabinecie na gitarze i śpiewała pieśni miłosne. Patrząc na chude, suche palce i brzydką głowę starej panny, zarysowaną na czerwonym niebie zachodu, hrabina mawiała, że biedna panna Maria przypomina rozmarzoną burgrabiankę. Wszystkie pieśni mówiły o zakochanych pasterzach i okrutnych pasterkach, a panna Maria śpiewała je głosem tak cienkim, że hrabina, co jest zrozumiałe, znajdowała niezmierną uciechę w całej tej komedii.
Z okazji przybycia matki pana domu wydano też oczywiście wspaniałą ucztę w pałacu borgijskim. Jak zawsze panowała wielka radość w gronie biesiadników, które było nieliczne, gdyż przybyli jeno najbliżsi sąsiedzi.
Sala jadalna mieściła się na parterze, więc po uczcie goście nie poszli na piętro, lecz udali się do apartamentów hrabiny Märty, położonych obok jadalni.
Hrabina ujęła gitarę panny Marii i zaczęła grać i śpiewać. Wesoła była hrabina Märta, umiała naśladować głosy i gesty ludzi, tego zaś wieczoru wpadło jej do głowy udawać pannę Marię. Podniosła oczy w niebo i zanuciła cienkim, chrypliwym głosem.
— Nie! Nie! Pani hrabino! — zawołała błagalnie stara panna. Ale hrabinie sprawiało to przyjemność, a goście śmiali się, chociaż czuli krzywdę biednej panny Marii.
Hrabina wzięła z czarki garść suchych liści różanych, przybrała tragiczną postawę, przystąpiła do starej panny i zaśpiewała: