Dumna była ze swej prastarej wiedzy tajemnej, mocarne runy wyrzezane miała na lasce, której za nic w świecie dać z ręki nie chciała, śpiewała czarodziejskie pieśni, warzyła czarodziejskie napoje, oddawała czarodziejskie strzały poprzez jezioro i wiązała węzły na burzę.

Jakżebym chciała znać myśli zrodzone w tym starym mózgu!

Cóż myślała o ludziach okolicznych? Dla niej, która wierzyła w Tora, pogromcę olbrzymów, i w potężne fińskie bożyszcza, chrześcijanie byli tym, czym są swojskie kundle wobec wilków. Nieposkromiona jak zawierucha, mocna jak wodospad — nie znosi mieszkańców nizin.

A jednak przychodziła często z gór przyjrzeć się ich karlim obyczajom. Ludzie drżeli na widok baby, która chodziła pośród nich pewna i spokojna, pamiętna swej sławy i władzy. I jak kot ufa swym pazurom, tak ufała mądrości swej oraz mocy pieśni boskich, czarodziejskich. Jako król jakiś władała postrachem, niezwyciężona.

Zwędrowawszy wiele miejsc dotarła do Borgu i weszła bez wahania w bramę hrabskiego pałacu. Przez kuchnię wchodzić nierada, kroczyła ku tarasowi kwietnemu tak pewna, jakby szła połoniną górską.

Aż tu właśnie hrabina Märta wyszła zażyć prześlicznego dnia czerwcowego, a jednocześnie dziewczęta służebne niosły na drągu z wędzarni do spiżarni świeżo uwędzone szynki i połcie słoniny. Przystanęły, a jedna zagadnęła:

— Może jaśnie pani obejrzy szynki, czy dobrze uwędzone.

Hrabina, zarządzająca obecnie sama gospodarstwem na Borgu, pochyliła się przez balustradę, chce obejrzeć wędliny, a w tejże chwili Finka położyła rękę na jednej szynce.

Przepyszna to była szynka, tłusta, pachnąca jałowcem, prawdziwie królewski kąsek! Czarownicy zachciało się tej szynki.

Nie poniżyła się do prośby i żebraniny. Wszakże z jej łaski rosły zioła i żyli ludzie, mogła sprowadzać mróz, burzę i powódź. Po cóż miała żebrać? Po prostu brała, co jej się zachciało, i koniec.