Czyżby ukochana młodości jego chciała kroczyć obok nikczemnika niegodnego piastowanego urzędu? Nie, zaiste! Wszechwładny Erosie, człowiek ten ni tego wieczoru, ni dni następnych nie mógł być proboszczem z Broby.
Odjechała czwartego dnia poszerzoną bramą, kareta stoczyła się z brobijskiego wzgórza ciągniona przez wypoczęte konie.
Cóż za sen! Co za rozkoszny sen! Przez trzy dni nie było ni jednej chmurki na niebie.
Wróciła uśmiechnięta do swego pałacu i marzeń. W życiu nie usłyszała już jego nazwiska i nie pytała oń. Pragnęła tylko do końca życia snuć to jedno marzenie.
A proboszcz z Broby siedział w pustym domu i płakał rozpaczliwie. Odmłodziła go. Czyż miał się z powrotem zestarzeć? Czyż miał wrócić doń zły duch i uczynić na nowo nikczemnikiem, człowiekiem godnym wzgardy, jakim był tak długo?
23. O mistrzu Juliuszu
Mistrz Juliusz zniósł z rezydenckiego piętra na dół swą czerwoną malowaną skrzynię. Następnie zielony antałek towarzyszący mu w wędrówkach i napełnił go wonną wódką pomarańczową. W pięknie rzeźbione duże pudło na jadło nałożył chleba, masła i odleżałego sera o pięknym, zielonobrunatnym deseniu oraz wonnych szynek.
Dokonawszy tego jął mistrz Juliusz chodzić po całym Ekeby i żegnać się ze wszystkimi, popłakując. Po raz ostatni pogładził gładko toczone kule kręgielniane i dzieci mieszkające na wzgórzu. Chodził do altanki w parku i do grot, zaszedł do stajen i stodół, głaskał konie, potrząsał za rogi złego byka i nadstawiał cielętom dłonie do lizania. W końcu wrócił zapłakany do budynku głównego, gdzie czekało pożegnalne śniadanie.
O, jakże okrutne jest życie i któż je znieść zdoła? Potrawy zawierały dnia tego truciznę, a wino żółć. Gardła rezydentów i odjeżdżającego ściskało wzruszenie, a mgła łez przysłaniała oczy. Mowę pożegnalną przerywało łkanie. O, jakże okrutne jest życie! Odtąd mistrz Juliusz żyć będzie jeno tęsknotą, a usta jego nie złożą się do uśmiechu. Pieśni zamrą w jego pamięci jak kwiaty jesienią. Zblednie, zwiędnie i opadnie niby zerwana róża czy lilia. Nigdy już nie ujrzą biedni rezydenci mistrza Juliusza. Przez duszę jego ciągnęły smutne przeczucia niby smagane burzą chmury ponad zoraną świeżo ziemią. Miał wracać do domu, by tam umrzeć.
Stał w pełni sił i zdrowia przed towarzyszami, którzy już nigdy ujrzeć go nie mieli. Nie będą już pytać żartobliwie, kiedy po raz ostatni oglądał swe kolana, ani też proponować, by im pożyczył swych policzków do gry w kręgle. Ale w płucach i wątrobie już się choroba zagnieździła. Gryzła, zżerała, od dawna czuł, że dni jego życia są policzone.