Niechże tedy rezydenci ekebijscy zachowają w pamięci zmarłego i nie zapomną go nigdy.
Teraz wzywał obowiązek. W domu czekała matka. Od siedemnastu lat czekała jego powrotu z Ekeby, aż napisała prosząc żarliwie, by wracał, a on chciał usłuchać. Wiedział, że będzie to dlań śmiercią, ale jako dobry syn postanowił dopełnić obowiązku.
Jakaż szkoda boskich uczt! Jakaż szkoda łąk i wodospadu! I tych bajek wesołków. I całego hultajstwa rezydentów? A skrzypki i waltornia? I żywot błogi w szczęsnej wesołości! Rozłąka z tym wszystkim równała się śmierci.
Mistrz Juliusz wyszedł do kuchni i pożegnał wszystkich domowników. Ogarnięty wzruszeniem, ucałował każdego z osobna, od klucznicy do komornicy, a dziewczęta służebne płakały nad smutnym losem wesołego, dobrego człowieka, który miał umrzeć.
Mistrz Juliusz polecił wytoczyć z wozowni swój wózek i konia wyprowadzić ze stajni.
Wydawał te zlecenia zdławionym głosem. Więc stara kolaska nie zbutwieje w wozowni, a stara Kajsa nie skończy u ekebijskiego żłobu ze starości? Mimo woli miał za złe matce uważając, że jeśli już nie myśli o tym, co dobre dla syna, to powinna mieć wzgląd na starą bryczkę i kobyłę. Jakże zdołają odbyć drogę tak daleką?
Najgorsze było rozstanie z kawalerami. Mały, krągły hulaka, któremu łatwiej przyszłoby toczyć się niż chodzić, przepojony był tragizmem po koniuszki palców. Wspomniał wielkiego Ateńczyka spełniającego w gronie uczniów kielich trucizny. Wspomniał starego króla Gustawa, który przepowiadał, że lud szwedzki zapragnie go kiedyś dobyć z grobu.
W końcu zaśpiewał im najpiękniejszą pieśń swoją myśląc o łabędziu, co śpiewa przed skonem. Chciał, aby go tak zapamiętali — jako ducha królewskiego, co nie zniża się do skargi, ale odpływa na fali tonów.
Odśpiewano pieśń ostatnią, wypito ostatnią szklankę i zamieniono uścisk ostatni. Mistrz wdział płaszcz i ujął bat. Wszyscy mieli łzy w oczach, ale odjeżdżający wprost nie widział nic poprzez mgłę bólu. W tej chwili towarzysze unieśli go na swych ramionach, wydając gromkie okrzyki. Usadowili go jakoś, bicz trzasnął i pojazd ruszył z miejsca. Mistrz Juliusz odjechał, a w chwili gdy odzyskał zdolność widzenia, znalazł się na gościńcu.
Kawalerowie płakali wprawdzie, ogarnięci smętkiem, ale nie mogło to poskromić ich skłonności do figlów. Nie wiadomo za czyją sprawą, Gösty-poety, Beerencreutza-karciarza, starego wojownika czy znużonego życiem Kristofera, dość że stało się tak, iż ani zbutwiała bryczka, ani stara Kajsa nie opuściły wcale Ekeby. Zaprzężono bowiem srokatego wołu do fury siana, wstawiono na wóz czerwony kufer, zieloną beczułkę i rzeźbioną skrzynię z żywnością, potem zaś posadzono oślepłego łzami mistrza nie na wóz, ale oklep na wołu.