Człowiek jest widać stworzeniem zbyt słabym, by stawić czoło całej goryczy bólu. Kawalerowie opłakiwali bezsprzecznie odjeżdżającego przyjaciela, który miał zemrzeć jak więdnąca lilia czy łabędź śpiewający. Ale było im to ulgą w strapieniu, że siedział na srokatym wole, gdy jego zwalistym ciałem wstrząsały spazmy rozczulenia, ręce wzniosły się i opadały rozpacznie, a oczy szukały w niebie sprawiedliwości.
Oszołomiony mistrz Juliusz odzyskał przytomność dopiero na gościńcu i spostrzegł, że siedzi na chwiejnym grzbiecie jakiegoś zwierzęcia. Wówczas, jak powiadają, zaczął rozmyślać nad wszystkim, co zaszło w ciągu ostatnich lat siedemnastu. Poczciwa Kajsa zmieniła się nie do poznania. Czyż tak na nią podziałać mogło obfite jadło z łąk ekebejskich? Potem zaś zawołał, nie wiadomo, do kamieni na drodze czy ptaków w krzakach:
— Niech mnie diabeł wsadzi na rożen, ale przysiągłbym, że ci, kobyło, wyrosły rogi!
Po chwili dumania zsunął się ostrożnie z grzbietu mniemanej Kajsy, siadł na skrzyni i jechał dalej, zamyślony głęboko.
Niedługo, w pobliżu Broby usłyszał śpiew:
Raz, dwa, trzy,
Idą strzelcy — ziemia drży,
To värmlandzkie idą lwy,
Raz, dwa,
Raz, dwa,