Wieczorem wsiedli wszyscy na wóz i odjechali, a dziewczęta nie spostrzegły, dokąd je wiezie mistrz Juliusz, aż stanęły w Ekeby.
— Wstąpmy potańczyć trochę! — rzekł do dziewcząt, zatrzymując wołu przed bramą.
Cóż powiedzieli kawalerowie ujrzawszy towarzysza w zwiędłym wieńcu na kapeluszu i z pełnym dziewcząt wozem.
— Powinniśmy się byli domyślić — że musiał gdzieś jeździć z dziewczętami. Inaczej od kilku już godzin byłby z powrotem!
Wspomnieli teraz, że mistrz Juliusz żegnał się dziś z Ekeby już po raz siedemnasty, czyli czynił to każdego roku. Ale mistrz Juliusz nie pamiętał w tej chwili ani poprzednich usiłowań, ani też ostatniego. Sumienie jego zasnęło znowu na cały rok!
Był zacnym człowiekiem ten mistrz Juliusz. Tańczył zgrabnie, grał żwawo, władał smyczkiem i piórem, serce miał wrażliwe i piękne słowa oraz pieśń na ustach. Jakiż byłby z niego mąż, gdyby nie miał sumienia, które budziło się tylko raz do roku, wzorem owych jednodniówek, które wychodząc z ciemności rozwijają skrzydła, by przez parę godzin potańczyć w świetle dnia, w jasnych promieniach słońca!
24. O glinianych świętych
Kościół svartsjöński jest biały w środku i na zewnątrz, białe ma ściany, kazalnicę, ławki, pulpity, strop, okna i obrus ołtarza, wszystko jest tam białe. Nie ma ozdób, obrazów ni tarcz herbowych. Ponad ołtarzem widnieje drewniany krzyż przewiązany białą szarfą.
Dawniej było inaczej. Strop pokrywały obrazy, a mnóstwo barwnych figur z kamienia i gliny mieścił dom boży.
Przed wielu laty, pewnego dnia letniego, znalazł się w Svartsjö malarz i stał zapatrzony w płynące po niebie chmury. Widział, jak się wznoszą z kraju widnokręgu coraz wyżej, tworząc olbrzymie kształty. Wzdymały żagle niby okręty, podnosiły sztandary, jak wojownicy idący na zdobycie nieba. Przed słońcem atoli, władcą świata, udawały chmury zgoła niewinne istoty. I tak lew krwiożerczy przybierał postać damy w pudrowanej peruce. Olbrzym mocarny, który zadławiłby każdego w uścisku swych ramion, stawał się zadumanym sfinksem. Niektóre postacie kryły swą nagość w płaszcze złotem szyte, inne barwiły rumieńcem białe policzki. Tworzyły się równiny, wyrastały lasy i zamczyska o wysokich wieżycach. W końcu białe chmury zagarnęły całe szafirowe sklepienia i zakryły słońce.