— Ej, to nieprawda! — zawołały. — Mistrz Juliusz nie może opuścić Ekeby.

— Opuszczam je! — krzyknął uderzając pięścią w skrzynię. — Jako Lot z Sodomy i Gomory, uciekam z Ekeby. Nie ma tam teraz ni jednego sprawiedliwego. Radował się będę sprawiedliwym sądem bożym, gdy ziemia rozewrze paszczę swoją, a niebo ześle deszcz siarki i ognia! Bywajcie zdrowe, dziewczątka, i strzeżcie się Ekeby!

Chciał jechać dalej, ale dziewczęta nie zezwoliły. Miały zamiar wyjść na szczyt góry Dunderklätten, ale droga była daleka, toteż wolały podjechać wozem Juliusza. Szczęśliwy, kto umie się radować słońcem i i nie potrzebuje tykwy, by ocienić nią głowę. W ciągu dwu minut dziewczęta postawiły na swoim, mistrz Juliusz zawrócił i pojechał w stronę góry. Siedział uśmiechnięty na skrzyni, a wóz pełen był dziewcząt. Jechali z wolna drogą obrzeżoną kępami wyki, rumianków i dzikich goździków. Wół musiał często odpoczywać, dziewczęta zsiadały, by zrywać kwiatki, i wkrótce wieńce przystroiły kapelusz Juliusza i rogi wołu.

Trochę dalej natrafili na zagajnik młodych brzóz i ciemnych olch. Dziewczęta nałamały gałęzi, a wóz został ustrojony tak, że wyglądał niby ruchomy las. Przez cały dzień baraszkowano wesoło.

W miarę upływających godzin stawał się mistrz Juliusz coraz to łagodniejszy. Zaczął częstować dziewczęta swymi zapasami i śpiewać. Wreszcie stanęli na szczycie góry, a Juliuszowi zabiło potężne serce i łzy napłynęły do oczu. W natchnionych słowach jął wysławiać ukochany kraj swój.

— O Värmlandio, kraju przepiękny! Często patrząc na mapę rozmyślałem, czym jesteś właściwie. Teraz rozumiem. Jesteś starym, pobożnym pustelnikiem, który siedzi i duma skrzyżowawszy nogi i nasunąwszy spiczastą czapkę na pół przymknięte oczy. Jesteś marzycielem, świętym, jakże pięknym. Rozległe lasy są ci płaszczem, który obrzeża długa wstęga błękitnej wody i równiutkie rzędy błękitnych wzgórz płaszcz ten obrzeżają, a fale jeziora Väner opłukują twe stopy. Po lewicy masz złoża kruszcu i kopalnie, które tętnią niby serce twoje, a na północy samotna, tajemnicza roztocz łąk to twa zadumana głowa.

Ze łzami patrzę na cię, poważny olbrzymie, piękny w swych surowych kształtach, skupiony, ubogi, pełen wyrzeczenia, a mimo surowości łagodny. Uwielbiam cię i hołd ci składam: gdy tylko okiem rzucę na twe lasy lub dotknę skrawka twej szaty lesistej, zdrowieje ma dusza. Patrzyłem nieustannie w oblicze twoje rozważając tajemnice, jakie kryje. Czyżeś odgadł zagadkę bytu, czy dumasz nad nią, olbrzymie? Dla mnie jesteś wyrazicielem wielkich myśli, widzę atoli, że inni pełzają dokoła ciebie, zdając się nie rozumieć powagi twego czoła. Dostrzegają oni jeno piękno członków twoich i to im przesłania wszystko.

Biada mi, biada nam, dzieciom Värmlandii, które piękna jeno domagają się od życia! Miast rezygnacji, powagi i ubóstwa, w pożądaniu wyciągamy ręce błagając o piękno jako dobro jedyne. Radzi byśmy mieć życie jako różany krzew, na którym błyszczy wino, miłość i uciecha, dostępne wszystkim, chociaż ziemia nasza inne ma oblicze, surowe, poważne, pełne śladów wyrzeczeń. Kraj nasz jest symbolem wiecznego dociekania, nam atoli brak zastanowienia.

O piękna, urocza Värmlandio!

Mówił tak ze łzami w oczach, a głos mu drżał. Dziewczęta słuchały zdumione i wzruszone nieco. Niewiele rozumiały z głębi ukrytej pod powłoką żartu i śmiechu.