— Przyjaciele! — rzekł stojąc zwrócony do wszystkich. — Pytałem Boga, czemu mi kazał tyle wycierpieć...
— Milcz, Lennarcie! — zawołał Beerencreutz. — Schowaj dla siebie kazanie.
— Niech mówi! — powiedział Sintram. — Dobrze mówi.
— Pytałem, a nie rozumiałem odpowiedzi, lecz teraz wiem wszystko. Oto Bóg chciał mi pokazać, że mam przyjaciół, którzy mi towarzyszą, by widzieć moją i żony radość. Żona czeka na mnie. Czymże jest wobec tego pięcioletnia niedola?
Silne pięści zadudniły w drzwi, gdyż kawalerom nudno było słuchać.
Wewnątrz powstał ruch, zbudziły się służebne i wyjrzały. Narzuciły śpiesznie odzież, bały się jednak otwierać takiej czeredzie mężczyzn. W końcu odsunięto rygle i wyszła pani Lennart.
— Czego chcecie? — spytała.
— Przyprowadzamy pani męża! — odparł Beerencreutz.
Wysunęli naprzód kapitana, ona zaś spojrzała na zataczającego się, umazanego opryszka, za którego plecami chwiało się mnóstwo podobnie pijanych mężczyzn.
Cofnęła się, on zaś rozpostarł ramiona i podszedł.