I dobrze było może nawet, że to widział. Wszakże nie mógł patrzeć na kiełkowanie zasiewów na własnym polu, nie mógł siedząc przy własnym ognisku spoglądać w gasnące węgle, nie było mu dane trzymać dzieci za ręce i mieć obok siebie wiernej żony. Dobrze było, iż sam osmucony widział pogrążonych w smutku innych, którym mógł śpieszyć z pociechą. W onym czasie ubóstwa i niedostatku niejeden bogatszy pogarszał jeszcze położenie ludności. Wszakże proboszcz brobijski był skąpcem szkaradnym, nie zaś dobrym pasterzem, wszakże hultaje z Ekeby szerzyli marnotrawstwo i pijaństwo, a Sintram utwierdzał wszystkich w wierze, że spaść musi zniszczenie i śmierć na całą okolicę.
Kapitan Lennart stał na brobijskim wzgórzu i przyszło mu na myśl, że jest może potrzebny Bogu, choć odepchnęła go od siebie małżonka.
Wspomnieć trzeba, że kawalerom nie przyszło wcale do głowy, iż winni są wrogiemu postępkowi pani Lennart. Sintram milczał. W okolicy zaczęto się gorszyć kobietą, której duma nie pozwoliła przyjąć w dom tak dobrego człowieka. Opowiadano, że przerywała szorstko każdą wzmiankę o mężu nie mogąc znieść jego imienia. Ale kapitan nie starał się wcale o zmianę jej zapatrywania.
Minął dzień.
Pewien stary gospodarz w Högbergu leżał na łożu śmierci. Przyjął ostatnie sakramenty, siły go opuściły i wiedział, że umrze lada chwila. Niespokojny, jak ktoś mający rozpocząć długą podróż, kazał się przenosić nieustannie z łóżkiem z izby do kuchni i z powrotem, co świadczyło dobitniej jeszcze niż głośne rzężenie, iż przyszła nań ostatnia chwila.
Stali wkoło niego żona, dzieci i służba. Był bogaty, szanowany i szczęśliwy, toteż nie umierał samotnie ani w otoczeniu niecierpliwych, obcych ludzi. Umierający mówił o sobie, jakby już stał przed Bogiem, a obecni potwierdzali jego słowa.
— Byłem pracownikiem pilnym i dobrym gospodarzem. Kochałem żonę jak prawicę swoją, dobrze wychowywałem dzieci moje, nie piłem, nie zaorywałem granic, nie pędziłem konia pod górę, nie głodziłem krów w zimie i nie pozwoliłem, by owce latem chodziły nie strzyżone.
Jak echo rozbrzmiewały chórem przytakiwania płaczących.
— O tak! Był dobrym gospodarzem... nie gnał pod górę konia i nie głodził krów.
Tymczasem wszedł do chaty biedny człowiek, by uprosić sobie trochę jadła i napoju, i usłyszał słowa konającego.