A starzec mówił dalej:

— Karczowałem lasy i osuszałem bagna. Odrzucałem pracowicie skiby. Rozbudowałem stodołę, tak że może pomieścić trzy razy tyle zboża, ile za czasów mego ojca, kazałem też zrobić z talarów trzy srebrne kubki, a ojciec mój jeden jeno ufundował!

Posłyszał biedak u drzwi stojący te słowa o zaletach umierającego świadczące, oraz potakiwania obecnych.

— Bóg da mi dobre miejsce w niebie! — rzekł starzec.

— Bóg użyczy panu naszemu dobrego miejsca u siebie! — przytakiwali wszyscy.

Przerażenie ogarnęło stojącego u drzwi, który był przez lat pięć piłką w ręku Boga i pierzem poruszanym oddechem bożym. Zbliżył się do konającego i ujął jego dłoń.

— Przyjacielu! — rzekł drżącym ze wzruszenia głosem. — Czyliż pomyślałeś, kim jest Pan, przed którym masz stanąć niedługo? To Bóg potężny! Światy są mu polem, a burza wierzchowcem. Niebiosa tętnią odgłosem bożego stąpania, ty zaś stajesz przed nim mówiąc: „Ciągnąłem prosto skiby, siałem żyto i ścinałem drzewa!” Chwalisz się i mierzyć z nim ośmielasz? Czyż nie wiesz, jak potężny jest Pan Bóg, do którego dziedziny odchodzisz?

Starzec rozwarł szeroko oczy, twarz mu wykrzywił strach, a rzężenie stawało się głośniejsze.

— Nie przystępuj z chwalbą własną do Pana! — mówił wędrownik. — Najpotężniejsi to słoma wymłócona w jego stodole. Przez cały dzień rzuca on posiew, wykopał morze i spiętrzył góry, a ziemię okrył roślinami. To robotnik niezrównany i mierzyć się z nim nie zdołasz! Ukorz się, ukorz się przed Bogiem, duszo ulatująca! Padnij w proch przed Panem i władcą swoim! Burza Pańska leci nad tobą, a gniew boży postrach szerzy. Pochyl się, chwyć jak dziecko skraj płaszcza i żebraj miłosierdzia. Ukorz się przed Stwórcą swoim, duszo odlatująca!

Oczy starca rozwarły się jeszcze szerzej, dłonie złożyły do modlitwy, twarz rozpogodziła, a rzężenie ustało.