— Duszo człowiecza! — zawołał przybyły. — Uniżyłaś się kornie w ostatniej chwili przed Bogiem, toteż niechybnie weźmie cię jak dziecko w ramiona i wprowadzi w światłość wiekuistą.
Starzec odetchnął głęboko raz jeszcze i oddał ducha, kapitan Lennart ukląkł i jął się modlić, a z nim wszyscy, wzdychając ciężko.
Zmarły miał na twarzy wyraz spokoju, a oczy jego błyszczały, zda się, odblaskiem szczęsnych wizji zaziemskich. Uśmiech krasił jego usta. Patrzył w oblicze Boga.
Wielka, piękna to dusza, myśleli obecni, co rozerwała pęta ciała. Ukorzyła się przed Stwórcą swoim, on zaś wziął ją jak dziecko w ramiona.
— Patrzył w oblicze boże! — powiedział syn zamykając oczy ojca.
— Widział otwarte niebiosa! — szlochały chórem dzieci i służba.
Stara gospodyni dotknęła drżącą dłonią ramienia Lennarta i powiedziała:
— Panie kapitanie! Byłeś mu wielką pomocą w najstraszniejszej chwili.
Milczał. Uczuł, że posiada dar wielkich słów i doniosłych czynów. Drżał jako motyl, który dopiero co opuścił poczwarkę, o skrzydłach lśniących w promieniach słonecznych niby samo słońce.
To zdarzenie pchnęło kapitana Lennarta pomiędzy ludzi. Inaczej byłby wrócił do domu i ukazał żonie prawdziwe oblicze swoje, ale teraz nabrał przekonania, że jest potrzebny Bogu. Toteż został bożym wysłannikiem i pomagał biednym ludziom. W czasie onym wielka panowała nędza, a rozum i dobra wola cenniejsze były od złota i potęgi.