Niedługo potem, w przepiękny sierpniowy dzień wrócił Ferdynand z robót mierniczych w lasach na północy, blady i chory nieuleczalnie na płuca, a matka na pierwszy rzut oka spostrzegła, że musi umrzeć.

Taki los miał spotkać syna, który nigdy nie sprawił rodzicom żadnej troski. Porzucić musiał życie pełne radości, czekającą nań narzeczoną i bogate tętniące od młotów huty, których właścicielem miał zostać.

Przy zmianie księżyca nabrała moja blada przyjaciółka odwagi i podeszła nocą pod dworek. Wiedziała, że mieszkańcy mężnie znoszą głód i niedostatek, sądziła tedy, że i ją przyjmą mile.

Powoli podpełza żwirową ścieżką i rzuca cień na osrebrzony rosą trawnik. Nie zbliża się jak wesoły żniwiarz, przybrany w kwiaty, wiodący dziewczynę, ale kroczy pochylona, wychudła, z kosą ukrytą w zwojach płaszcza, a sowy i nietoperze wirują naokół.

Pani Uggla nie spała, więc posłyszawszy pukanie usiadła w łóżku, pytając:

— Kto puka?

Starzy powiadali mi, że odpowiedź brzmiała:

— Śmierć puka.

Pani Uggla wstała, otwarła okno, ujrzała sowy, nietoperze i światło księżyca, ale nie dostrzegła śmierci.

— Chodź! — rzekła z cicha. — Czemuż zwlekasz, wybawicielko? Czekałam i wzywałam cię. Chodź i wybaw syna mego.