Śmierć wśliznęła się do domu, radosna jak król strącony z tronu, któremu na starość zwrócono koronę, wesoła jak dziecko do zabawy wezwane.

Następnego dnia usiadła pani Uggla przy łożu syna i jęła mu opowiadać o szczęśliwości duchów wyzwolonych oraz życiu rozkosznym, jakie wiodą.

— Pracują i działają! — mówiła. — Są to artyści niezrównani, drogi synu. Po złączeniu się z nimi powiesz mi, czym zostałeś! Czy rzeźbiarzem nie potrzebującym dłuta, twórcą róż i lilii, czy może mistrzem barw. Wówczas patrząc na zachód, będę sobie mówiła: „To dzieło mego Ferdynanda”.

Pomyśl, ile tam jest do obejrzenia i roboty. Trzeba wiosną budzić do życia ziarna, kierować burzami, rozsyłać sny i odbywać długie wędrówki ze świata na świat.

Gdy ujrzysz tyle piękna, synu drogi, wspomnij o mnie, o matce swej, która w życiu znała jeno Värmlandię.

Pewnego dnia staniesz przed Bogiem i poprosisz go o jakiś mały światek w przestrzeni, a on ci go da. Będzie ciemny, pełen przepaści i skał, bez kwiatów i zwierząt. Musisz się jąć pracy, stworzyć światło, ciepło, powietrze, rośliny, słowiki, jasnookie gazele, wodospady, spiętrzyć góry i zasadzić doliny cudnymi różami.

Gdy zaś będę miała umrzeć, drogi Ferdynandzie, i zatrwoży mnie rozłąka ze znaną okolicą, zajedziesz pod moje okna karetą złocistą, zaprzężoną w rajskie ptaki.

Biedna, niespokojna dusza moja wsiądzie niby królowa i pojedziemy przez niebiosy mijając lśniące światy. Ja będę raz po raz pytała widząc coraz piękniejsze osiedla niebiańskie, czyby się tu i ówdzie nie zatrzymać.

Ty jednak będziesz z uśmiechem ponaglał ptaki i dotrzemy do świata małego, ale piękniejszego od innych, staniemy przed złotym pałacem i wprowadzisz mnie do przybytku wieczystego wesela.

Będą tam pełne spichrze i szafy biblioteczne. Las nie będzie jak w Berdze przesłaniał widoku, ale spojrzenie pójdzie po rozłogach mórz i oblanych światłem równinach, a tysiąc lat będzie jak dzień jeden.